DiegoCosta
New Member
- Dołączył
- 6.2.2026
- Posty
- 1
PROLOG: Koniec, który był początkiem
Portal w Nieznanych Krainach nie prowadził do raju. Gdy Bezimienny i Xardas przeszli przez wirującą taflę magii, spodziewali się ciszy, braku bogów i spokoju. Zamiast tego uderzył w nich zapach siarki, zgnilizny i pieczonego mięsa ścierwojadów.
Bezimienny, dzierżący potężny miecz i noszący pancerz, który widział upadek króla Rhobara, zachwiał się.
– Xardas... – warknął, przecierając oczy. – Gdzie my, do cholery, jesteśmy? To nie wygląda na wolność.
Nekromanta stał na krawędzi klifu, a jego zazwyczaj niewzruszona twarz wyrażała czyste przerażenie. W dole rozciągała się dolina. Znajoma dolina. Rzeka wiła się wokół Starego Obozu, który dopiero powstawał. Niebo było czyste. Błękitne.
Bez Bariery.
– Na Beliara... – szepnął Xardas. – Zostaliśmy oszukani. Czas nie jest linią, chłopcze. Jest kołem. Wróciliśmy do momentu, zanim wszystko się zaczęło.
Zanim Bezimienny zdążył dobyć broni, niebo pociemniało. Fioletowe błyskawice, znaki gniewu Bogów, uderzyły w skałę tuż obok nich. Głos, który usłyszeli, nie należał do człowieka. To był dźwięk pękającej ziemi.
– Równowaga została zachwiana. Magia nie może istnieć bez naczynia.
– Oni wiedzą! – krzyknął Xardas, cofając się. Wokół nekromanty otworzyła się czarna wyrwa. – Nie puszczą nas obu! Biorą mnie!
– Xardas! Co mam robić?! – krzyczał Bezimienny, próbując złapać mentora za rękę, ale jego palce chwyciły tylko powietrze.
– Orkowa przepowiednia! – wrzeszczał Xardas, wciągany w niebyt. – Ona nie kończy się na zwycięstwie! Ona mówi o ofierze! Musisz...
Nekromanta zniknął. Cisza, która nastąpiła później, była gorsza niż wrzask bitewny. Bezimienny został sam. Na klifie nad Górniczą Doliną, w przeszłości, bez wiedzy, bez magii Xardasa i z wyrokiem, który wisiał w powietrzu.
ROZDZIAŁ I: Cień we mgle
Minęły tygodnie. Dolina zmieniała się. Dwunastu potężnych Magów Ognia, pod przewodnictwem jeszcze lojalnego królowi Xardasa, gromadziło się, by odprawić rytuał stworzenia Bariery. Bezimienny – ten z przyszłości, potężny, pokryty bliznami weteran – ukrywał się w lasach jak zwierzę. Wiedział, że jeśli pokaże się światu, zmieni historię i zniszczy wszystko.
Ale musiał działać.
Pewnego mglistego poranka, na bagnach, usłyszał krzyk.
Młody mężczyzna w łachmanach skazańca uciekał przed dwoma zbiegłymi bandytami. Potknął się o korzeń i wpadł w błoto, tuż obok leża węża błotnego.
To był Y’Berion. Ale nie ten potężny Guru, którego Bezimienny znał. To był przerażony, chudy człowiek.
Bezimienny z przyszłości wyskoczył z zarośli. Nie potrzebował magii. Dwa precyzyjne cięcia jego miecza sprawiły, że bandyci padli martwi, zanim zdążyli dobyć pałek. Wąż błotny, wyczuwając potęgę intruza, wycofał się do wody.
Y’Berion podniósł się, trzęsąc się z zimna i strachu. Spojrzał na swojego wybawcę. Widział pancerz nie z tego świata i twarz człowieka, który zabił tysiące istnień.
– Dziękuję... – wydukał. – Myślałem, że to koniec. Kim jesteś?
Bezimienny schował miecz. Wiedział, że nie ma wiele czasu.
– Nie jestem nikim ważnym – chrypliwy głos bohatera brzmiał jak wyrok. – Ale ty masz zadanie. W Starym Obozie zginiesz. Wolność jest tutaj.
– Tutaj? Na bagnach?
– Głęboko we mgle jest stara świątynia. Zbierz ludzi. Załóżcie obóz. Będziecie nasłuchiwać głosu Śniącego.
– Śniącego? – Y'Berion powtórzył słowo, jakby znał je od zawsze.
– Tak. Ale pamiętaj jedno. Pewnego dnia przyjdzie do ciebie człowiek. Będzie wyglądał jak ja, ale będzie młodszy. Nie będzie pamiętał naszej rozmowy. Przyniesie ci Kamień Ogniskujący. Tylko jemu możesz zaufać. Tylko on pomoże wam w Wielkim Przyzwaniu.
Bezimienny chwycił Y’Beriona za ramię.
– Czekaj na niego. To klucz do wszystkiego.
Wojownik zniknął we mgle. Y’Berion został sam, ściskając w dłoni amulet, który dostał od nieznajomego, z misją stworzenia Bractwa.
ROZDZIAŁ II: Więzień Irdorath
Bezimienny nigdy nie dotrzymał słowa, by sprawdzić postępy.
Gdy tylko Bariera powstała, zamykając Górniczą Dolinę, Bogowie upomnieli się o swoją własność. Innos i Beliar nie mogli pozwolić, by po świecie chodziło dwóch Wybrańców.
Bezimienny został porwany przez sługi ciemności. Nie umarł. Został przeniesiony do miejsca poza czasem – do Dworu Irdorath.
Tam, w ciemnych salach, zrozumiał prawdę. Bez Xardasa nie ma równowagi. Skoro Xardas zniknął, ktoś musi stać się naczyniem dla zła, by cykl mógł się zamknąć.
Aby jego młodsza wersja mogła stać się bohaterem, on musiał stać się ostatecznym wyzwaniem.
– Niech tak będzie... – szeptał, gdy jego skóra twardniała, zmieniając się w łuskę.
Ból trwał latami. Jego umysł powoli gasł. Zapomniał imiona przyjaciół. Pamiętał tylko jedno: Muszę czekać na Wybrańca.
ROZDZIAŁ III: "Przypominam sobie Twoją twarz"
Rok 10. Obóz Bractwa na Bagna.
Lester zaprowadził młodego Bezimiennego na platformę świątynną.
– Mistrz Y'Berion rzadko z kimś rozmawia – szepnął nowicjusz. – Ale kiedy powiedziałem mu, że odzyskałeś Kamień Ogniskujący z klifu i że chcesz go oddać, kazał cię natychmiast przyprowadzić.
Młody bohater wszedł pewnym krokiem. Y'Berion siedział na tronie, otoczony oparami ziela. Był silny, choć zmęczony przygotowaniami do Wielkiego Przyzwania. Czekał na ten moment od lat – od dnia, w którym tajemniczy wybawca uratował go na bagnach i przepowiedział ten dzień.
„Przyjdzie człowiek o mojej twarzy. Przyniesie kamień.” – te słowa echem odbijały się w głowie Guru.
Młody podszedł bliżej i wyciągnął magiczny artefakt.
– Przyniosłem Kamień Ogniskujący. Lester mówił, że jest wam potrzebny do przyzwania Śniącego.
Y’Berion spojrzał na kamień, a potem podniósł wzrok na twarz posłańca.
Zamarł. To były te same rysy. Te same oczy. To był on. Ten sam, który uratował go przed laty, tylko... pozbawiony blizn i ciężaru lat. Przepowiednia się wypełniła.
W oczach Y'Beriona pojawił się błysk rozpoznania.
– Ach, to ty... – powiedział powoli Guru, wstając z tronu. – Przypominam sobie twoją twarz...
Młody Bezimienny cofnął się o krok, wyraźnie skonfundowany. Jest w kolonii od niedawna, kręcił się głównie po Starym Obozie.
– To niemożliwe – odparł stanowczo. – Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.
Y’Berion zmrużył oczy. Przyglądał się chłopakowi. Widział, że ten mówi prawdę. Ten młodzieniec nie miał pojęcia o spotkaniu na bagnach. Nie pamiętał, bo dla niego to się jeszcze nie wydarzyło.
Y'Berion zrozumiał, że tajemnica jest głębsza, niż sądził. Może tamten był duchem? A może wizją zesłaną przez Śniącego?
– ...ale myślałem, że możesz być... – Y’Berion zawiesił głos. Chciał powiedzieć: "Tym, który kazał mi tu przyjść". Ale ugryzł się w język. Nie mógł mieszać w głowie narzędziu bogów. – Nieważne. Masz kamień. To najważniejsze.
Przekazanie kamienia przypieczętowało los Bractwa i rozpoczęło ciąg wydarzeń, które miały doprowadzić do upadku Bariery.
ROZDZIAŁ IV: Jednej krwi
Dwór Irdorath. Sala Tronu Beliara.
Wrota otworzyły się z hukiem.
Młody Bezimienny, w lśniącej zbroi Paladyna, z Okiem Innosa pulsującym na piersi, wkroczył do sali.
Na końcu pomieszczenia czaił się mrok. Z ciemności wyłonił się łeb gigantycznej bestii.
Smok Ożywieniec.
Stary Bezimienny, uwięziony w ciele potwora, poczuł obecność. To był on.
– A więc to tutaj... W końcu się spotykamy – zagrzmiał Smok.
Młody dobył miecza.
– Kim jesteś, bestio?! Nie masz nawet imienia!
Wewnątrz bestii dusza starego bohatera zapłakała.
– W istocie, wiesz kim jestem – odpowiedział Smok, walcząc z wolą Beliara. Zsunął się z tronu, zbliżając pysk do twarzy rycerza. – Zajrzyj w głąb siebie. Czyż nie jesteśmy tej samej krwi?
Młody bohater zawahał się. Te słowa uderzyły w niego mocniej niż jakikolwiek czar. Ale poczucie obowiązku zwyciężyło.
– Giń!
Walka była ostateczna. Smok Ożywieniec znał każdy ruch przeciwnika, bo sam go kiedyś wymyślił. Ale jego ciosy były o ułamek sekundy spóźnione. Jego ogień parzył, ale nie spalał na wiór. Walczył, by przegrać.
Kiedy święte ostrze przebiło serce smoka, bestia nie ryknęła. Wydała z siebie ciche westchnienie ulgi.
Upadła ciężko na posadzkę.
Młody Bezimienny stał nad truchłem, ocierając krew z twarzy. Czuł dziwną pustkę, jakby właśnie zabił część siebie.
Wtedy powietrze w sali zafalowało.
Z błyskiem czarnej magii, pośrodku sali zmaterializował się Xardas.
Potężna fala uderzeniowa odrzuciła młodego Bezimiennego na kilkanaście metrów w tył, aż uderzył plecami o filar.
– Co do...?! – krzyknął bohater, próbując się podnieść.
Xardas nie patrzył na niego. Podszedł szybko do stygnącego ciała smoka.
– Muszę się spieszyć – mruknął nekromanta.
Rozpoczął inkantację. Dusza Smoka Ożywieńca – dusza starego Bezimiennego, pełna wiedzy o pętli czasu i tragicznej przyszłości – zaczęła unosić się z ciała bestii. Była to potężna, mroczna energia.
Xardas otworzył swoje naczynie i wchłonął wszystko.
Stary Bezimienny zniknął na zawsze, wchłonięty przez człowieka, który w innej rzeczywistości był jego przyjacielem. Jego ostrzeżenie nigdy nie zostało wypowiedziane.
– To koniec – powiedział Xardas, odwracając się do wciąż oszołomionego bohatera. W jego oczach płonął nowy, niebezpieczny blask. – Chodźmy. Statek czeka.
Młody Bezimienny spojrzał na popioły smoka.
– On mówił... że jesteśmy tej samej krwi.
– Brednie umierającego demona – uciął Xardas. – Nie zaprzątaj sobie tym głowy.
Wyszli z sali. Cykl został domknięty. Historia zatoczyła koło, gotowa powtórzyć się jeszcze raz.
Portal w Nieznanych Krainach nie prowadził do raju. Gdy Bezimienny i Xardas przeszli przez wirującą taflę magii, spodziewali się ciszy, braku bogów i spokoju. Zamiast tego uderzył w nich zapach siarki, zgnilizny i pieczonego mięsa ścierwojadów.
Bezimienny, dzierżący potężny miecz i noszący pancerz, który widział upadek króla Rhobara, zachwiał się.
– Xardas... – warknął, przecierając oczy. – Gdzie my, do cholery, jesteśmy? To nie wygląda na wolność.
Nekromanta stał na krawędzi klifu, a jego zazwyczaj niewzruszona twarz wyrażała czyste przerażenie. W dole rozciągała się dolina. Znajoma dolina. Rzeka wiła się wokół Starego Obozu, który dopiero powstawał. Niebo było czyste. Błękitne.
Bez Bariery.
– Na Beliara... – szepnął Xardas. – Zostaliśmy oszukani. Czas nie jest linią, chłopcze. Jest kołem. Wróciliśmy do momentu, zanim wszystko się zaczęło.
Zanim Bezimienny zdążył dobyć broni, niebo pociemniało. Fioletowe błyskawice, znaki gniewu Bogów, uderzyły w skałę tuż obok nich. Głos, który usłyszeli, nie należał do człowieka. To był dźwięk pękającej ziemi.
– Równowaga została zachwiana. Magia nie może istnieć bez naczynia.
– Oni wiedzą! – krzyknął Xardas, cofając się. Wokół nekromanty otworzyła się czarna wyrwa. – Nie puszczą nas obu! Biorą mnie!
– Xardas! Co mam robić?! – krzyczał Bezimienny, próbując złapać mentora za rękę, ale jego palce chwyciły tylko powietrze.
– Orkowa przepowiednia! – wrzeszczał Xardas, wciągany w niebyt. – Ona nie kończy się na zwycięstwie! Ona mówi o ofierze! Musisz...
Nekromanta zniknął. Cisza, która nastąpiła później, była gorsza niż wrzask bitewny. Bezimienny został sam. Na klifie nad Górniczą Doliną, w przeszłości, bez wiedzy, bez magii Xardasa i z wyrokiem, który wisiał w powietrzu.
ROZDZIAŁ I: Cień we mgle
Minęły tygodnie. Dolina zmieniała się. Dwunastu potężnych Magów Ognia, pod przewodnictwem jeszcze lojalnego królowi Xardasa, gromadziło się, by odprawić rytuał stworzenia Bariery. Bezimienny – ten z przyszłości, potężny, pokryty bliznami weteran – ukrywał się w lasach jak zwierzę. Wiedział, że jeśli pokaże się światu, zmieni historię i zniszczy wszystko.
Ale musiał działać.
Pewnego mglistego poranka, na bagnach, usłyszał krzyk.
Młody mężczyzna w łachmanach skazańca uciekał przed dwoma zbiegłymi bandytami. Potknął się o korzeń i wpadł w błoto, tuż obok leża węża błotnego.
To był Y’Berion. Ale nie ten potężny Guru, którego Bezimienny znał. To był przerażony, chudy człowiek.
Bezimienny z przyszłości wyskoczył z zarośli. Nie potrzebował magii. Dwa precyzyjne cięcia jego miecza sprawiły, że bandyci padli martwi, zanim zdążyli dobyć pałek. Wąż błotny, wyczuwając potęgę intruza, wycofał się do wody.
Y’Berion podniósł się, trzęsąc się z zimna i strachu. Spojrzał na swojego wybawcę. Widział pancerz nie z tego świata i twarz człowieka, który zabił tysiące istnień.
– Dziękuję... – wydukał. – Myślałem, że to koniec. Kim jesteś?
Bezimienny schował miecz. Wiedział, że nie ma wiele czasu.
– Nie jestem nikim ważnym – chrypliwy głos bohatera brzmiał jak wyrok. – Ale ty masz zadanie. W Starym Obozie zginiesz. Wolność jest tutaj.
– Tutaj? Na bagnach?
– Głęboko we mgle jest stara świątynia. Zbierz ludzi. Załóżcie obóz. Będziecie nasłuchiwać głosu Śniącego.
– Śniącego? – Y'Berion powtórzył słowo, jakby znał je od zawsze.
– Tak. Ale pamiętaj jedno. Pewnego dnia przyjdzie do ciebie człowiek. Będzie wyglądał jak ja, ale będzie młodszy. Nie będzie pamiętał naszej rozmowy. Przyniesie ci Kamień Ogniskujący. Tylko jemu możesz zaufać. Tylko on pomoże wam w Wielkim Przyzwaniu.
Bezimienny chwycił Y’Beriona za ramię.
– Czekaj na niego. To klucz do wszystkiego.
Wojownik zniknął we mgle. Y’Berion został sam, ściskając w dłoni amulet, który dostał od nieznajomego, z misją stworzenia Bractwa.
ROZDZIAŁ II: Więzień Irdorath
Bezimienny nigdy nie dotrzymał słowa, by sprawdzić postępy.
Gdy tylko Bariera powstała, zamykając Górniczą Dolinę, Bogowie upomnieli się o swoją własność. Innos i Beliar nie mogli pozwolić, by po świecie chodziło dwóch Wybrańców.
Bezimienny został porwany przez sługi ciemności. Nie umarł. Został przeniesiony do miejsca poza czasem – do Dworu Irdorath.
Tam, w ciemnych salach, zrozumiał prawdę. Bez Xardasa nie ma równowagi. Skoro Xardas zniknął, ktoś musi stać się naczyniem dla zła, by cykl mógł się zamknąć.
Aby jego młodsza wersja mogła stać się bohaterem, on musiał stać się ostatecznym wyzwaniem.
– Niech tak będzie... – szeptał, gdy jego skóra twardniała, zmieniając się w łuskę.
Ból trwał latami. Jego umysł powoli gasł. Zapomniał imiona przyjaciół. Pamiętał tylko jedno: Muszę czekać na Wybrańca.
ROZDZIAŁ III: "Przypominam sobie Twoją twarz"
Rok 10. Obóz Bractwa na Bagna.
Lester zaprowadził młodego Bezimiennego na platformę świątynną.
– Mistrz Y'Berion rzadko z kimś rozmawia – szepnął nowicjusz. – Ale kiedy powiedziałem mu, że odzyskałeś Kamień Ogniskujący z klifu i że chcesz go oddać, kazał cię natychmiast przyprowadzić.
Młody bohater wszedł pewnym krokiem. Y'Berion siedział na tronie, otoczony oparami ziela. Był silny, choć zmęczony przygotowaniami do Wielkiego Przyzwania. Czekał na ten moment od lat – od dnia, w którym tajemniczy wybawca uratował go na bagnach i przepowiedział ten dzień.
„Przyjdzie człowiek o mojej twarzy. Przyniesie kamień.” – te słowa echem odbijały się w głowie Guru.
Młody podszedł bliżej i wyciągnął magiczny artefakt.
– Przyniosłem Kamień Ogniskujący. Lester mówił, że jest wam potrzebny do przyzwania Śniącego.
Y’Berion spojrzał na kamień, a potem podniósł wzrok na twarz posłańca.
Zamarł. To były te same rysy. Te same oczy. To był on. Ten sam, który uratował go przed laty, tylko... pozbawiony blizn i ciężaru lat. Przepowiednia się wypełniła.
W oczach Y'Beriona pojawił się błysk rozpoznania.
– Ach, to ty... – powiedział powoli Guru, wstając z tronu. – Przypominam sobie twoją twarz...
Młody Bezimienny cofnął się o krok, wyraźnie skonfundowany. Jest w kolonii od niedawna, kręcił się głównie po Starym Obozie.
– To niemożliwe – odparł stanowczo. – Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy.
Y’Berion zmrużył oczy. Przyglądał się chłopakowi. Widział, że ten mówi prawdę. Ten młodzieniec nie miał pojęcia o spotkaniu na bagnach. Nie pamiętał, bo dla niego to się jeszcze nie wydarzyło.
Y'Berion zrozumiał, że tajemnica jest głębsza, niż sądził. Może tamten był duchem? A może wizją zesłaną przez Śniącego?
– ...ale myślałem, że możesz być... – Y’Berion zawiesił głos. Chciał powiedzieć: "Tym, który kazał mi tu przyjść". Ale ugryzł się w język. Nie mógł mieszać w głowie narzędziu bogów. – Nieważne. Masz kamień. To najważniejsze.
Przekazanie kamienia przypieczętowało los Bractwa i rozpoczęło ciąg wydarzeń, które miały doprowadzić do upadku Bariery.
ROZDZIAŁ IV: Jednej krwi
Dwór Irdorath. Sala Tronu Beliara.
Wrota otworzyły się z hukiem.
Młody Bezimienny, w lśniącej zbroi Paladyna, z Okiem Innosa pulsującym na piersi, wkroczył do sali.
Na końcu pomieszczenia czaił się mrok. Z ciemności wyłonił się łeb gigantycznej bestii.
Smok Ożywieniec.
Stary Bezimienny, uwięziony w ciele potwora, poczuł obecność. To był on.
– A więc to tutaj... W końcu się spotykamy – zagrzmiał Smok.
Młody dobył miecza.
– Kim jesteś, bestio?! Nie masz nawet imienia!
Wewnątrz bestii dusza starego bohatera zapłakała.
– W istocie, wiesz kim jestem – odpowiedział Smok, walcząc z wolą Beliara. Zsunął się z tronu, zbliżając pysk do twarzy rycerza. – Zajrzyj w głąb siebie. Czyż nie jesteśmy tej samej krwi?
Młody bohater zawahał się. Te słowa uderzyły w niego mocniej niż jakikolwiek czar. Ale poczucie obowiązku zwyciężyło.
– Giń!
Walka była ostateczna. Smok Ożywieniec znał każdy ruch przeciwnika, bo sam go kiedyś wymyślił. Ale jego ciosy były o ułamek sekundy spóźnione. Jego ogień parzył, ale nie spalał na wiór. Walczył, by przegrać.
Kiedy święte ostrze przebiło serce smoka, bestia nie ryknęła. Wydała z siebie ciche westchnienie ulgi.
Upadła ciężko na posadzkę.
Młody Bezimienny stał nad truchłem, ocierając krew z twarzy. Czuł dziwną pustkę, jakby właśnie zabił część siebie.
Wtedy powietrze w sali zafalowało.
Z błyskiem czarnej magii, pośrodku sali zmaterializował się Xardas.
Potężna fala uderzeniowa odrzuciła młodego Bezimiennego na kilkanaście metrów w tył, aż uderzył plecami o filar.
– Co do...?! – krzyknął bohater, próbując się podnieść.
Xardas nie patrzył na niego. Podszedł szybko do stygnącego ciała smoka.
– Muszę się spieszyć – mruknął nekromanta.
Rozpoczął inkantację. Dusza Smoka Ożywieńca – dusza starego Bezimiennego, pełna wiedzy o pętli czasu i tragicznej przyszłości – zaczęła unosić się z ciała bestii. Była to potężna, mroczna energia.
Xardas otworzył swoje naczynie i wchłonął wszystko.
Stary Bezimienny zniknął na zawsze, wchłonięty przez człowieka, który w innej rzeczywistości był jego przyjacielem. Jego ostrzeżenie nigdy nie zostało wypowiedziane.
– To koniec – powiedział Xardas, odwracając się do wciąż oszołomionego bohatera. W jego oczach płonął nowy, niebezpieczny blask. – Chodźmy. Statek czeka.
Młody Bezimienny spojrzał na popioły smoka.
– On mówił... że jesteśmy tej samej krwi.
– Brednie umierającego demona – uciął Xardas. – Nie zaprzątaj sobie tym głowy.
Wyszli z sali. Cykl został domknięty. Historia zatoczyła koło, gotowa powtórzyć się jeszcze raz.