Generał

Barneyek

Starsza Wiedźma
Członek Załogi
Moderator
Dołączył
4.11.2011
Posty
1306
Niniejszym prezentuję moją krwawicę inspirowaną – a jakże – wiadomą grą. Uprzedzam, że w tekście zdarzają się sporadyczne wulgaryzmy. Nie zamierzam ich wykropkowywać, bo w moim odczuciu psuje to wygląd tekstu literackiego. Mam nadzieję, że nikogo razić nie będą.


Generał

Ściany lochu upstrzone obscenicznymi rysunkami i napisami ociekały wilgocią, bił od nich przeraźliwy chłód. Przez umieszczone wysoko pod sklepieniem małe, zakratowane okienko sączyła się za dnia odrobina mętnego światła, na podstawie którego nie bardzo można było się zorientować, czy jest ranek, południe czy wieczór. Jedyny punkt odniesienia stanowił stary stróż, który codziennie około południa wsuwał przez klapkę w drzwiach michę paskudnej brei, z braku lepszych określeń nazywanej posiłkiem. Tylko noc była tu jednoznacznie określona, gęsta, ślepa i niemal głucha, z rzadka tylko rozbrzmiewająca dalekimi sygnałami zmieniających się straży, pokapywaniem wody ze sklepienia i bliskim chrobotaniem gryzoni w słomie.
Więzień, który tu przebywał, też nie wydawał zbyt wielu dźwięków. Tkwił zamknięty w swoim milczeniu jak w ochronnym kokonie, skulony, z głową schowaną w ramionach, starając się unikać kontaktu z mokrym, lodowatym murem. Od czasu do czasu wstawał i krążył po lochu, wzdłuż ścian, równym, odmierzonym krokiem, jakby i on odbywał tu swój niepotrzebny nikomu patrol.


***​

Noc wolno obracała się w świt, wydobywając z nieprzeniknionej dotychczas ciemności szarzejące kontury przedmiotów. Pod ścianą nierównym truchcikiem przemknął szczur – ciemniejszy cień wśród cieni. Powęszył chwilę w poszukiwaniu jedzenia, pisnął, bo ugryzła go pchła i zapadł gdzieś w sobie tylko wiadomej dziurze – jedyny prawdziwie wolny mieszkaniec tych kazamatów. Więzień podniósł głowę, długo obserwował, jak okienko rozjaśnia się od szarości do bieli, jak bezpowrotnie odchodzi noc. Ostatnia noc jego życia.
Z daleka, na schodach prowadzących do lochów, zaszurgotały kroki, przybliżały się, były tuż. Zgrzytnął zamek.
A więc to już? Nagle zapragnął jak najprędzej opuścić celę, niemal zerwał się, by z niej wybiec, choć wiedział, że to droga prowadząca jedynie na szafot. Wilgotne ściany lochu zdawały się go dusić bardziej niż pętla, która za kilka, najwyżej kilkanaście minut zaciśnie mu się na szyi.
Generał Lee, chluba Myrtany, powieszony jak pospolity przestępca. No, nie taki pospolity. Morderstwo na królowej to nie byle co. Ale jednak szubienica, nie katowski miecz. Rhobar nie uczyni mu łaski, na jaką zasługuje z racji urodzenia i rangi, nie pozwoli umrzeć śmiercią szlachcica.
Zresztą, jakie to ma znaczenie? To wszystko jest tak absurdalne, że niech już będzie i stryczek… i niech to się wreszcie skończy.
Kiedy weszli – było ich czterech – stał wyprostowany na środku celi, patrząc na nich spokojnie, tylko ledwo zauważalne drgnięcia zaciśniętych szczęk zdradzały wysiłek panowania nad sobą. W milczeniu podał im ręce do nałożenia kajdan. Oni także milczeli. Nie było nic, co warto byłoby powiedzieć.
Byli młodzi, nie znał ich – chyba tylko jednego widział kiedyś przelotnie w koszarach, a może na zamku. Wyszli, dwóch z przodu, dwóch z tyłu, a pośrodku on – główny bohater dopiero rodzącego się dnia, którego końca już nie zobaczy.
Schody, korytarze, znowu schody, strefa lochów skończyła się wreszcie. Ale zamiast poprowadzić go prosto, korytarzem wychodzącym na duży więzienny dziedziniec, eskortujący Lee strażnicy skierowali go w lewo, ku bocznej bramie twierdzy, pod którą zwykle dwa razy w tygodniu podjeżdżały wozy z zaopatrzeniem dla koszarowej kuchni. Za widocznymi w perspektywie korytarza, rozwartymi na oścież wrotami, widniało coś, co najwyraźniej było krytym wozem ustawionym tyłem do wejścia, z opuszczoną klapą tworzącą pochyłą rampę, pozwalającą dostać się do wnętrza.
Ta otwarta brama wychodząca na tył krytej kibitki przeraziła go raptem bardziej niż największy zamęt bitewny, bardziej niż wizja szubienicy, z którą zdążył się już jakoś pogodzić. Eksgenerał zatrzymał się raptownie, aż jeden z eskortujących wpadł na niego z tyłu.
– Co to znaczy? – spytał Lee.
Strażnicy spojrzeli nie rozumiejąc. Nie obchodziło ich nic poza wypełnieniem rozkazów, byli zirytowani tą zbyt wczesną porą, nadprogramowym obowiązkiem, a może i zmieszani niecodzienną bądź co bądź osobą skazańca. Po chwilowej konsternacji chwycili go brutalnie pod ramiona, zmuszając do dalszego marszu. Nie stawiał oporu, po chwili zrównał z nimi krok, poszedł pewnie, pozornie spokojnie, jak przedtem.
Mały dziedzińczyk, rozjeżdżony ciężkimi kołami wozów w trawiasto-błotnisty, odpychający wyglądem placyk, mimo otaczających go wysokich murów i wczesnej pory wydawał się rażąco jasny. Obok otwartej z tyłu budy powozu stał Delios, były oficer straży pałacowej, niedawno mianowany komendantem twierdzy, mnący w ręku jakiś papier i bezskutecznie usiłujący przybrać urzędowy wyraz twarzy.
Lee po raz drugi zatrzymał się, zdecydowany tym razem stawić opór prowadzącym go strażnikom, ale najwyraźniej nie mieli zamiaru wciągać go siłą do wozu, bo ustąpili. Pod drapieżnym, pytającym spojrzeniem byłego generała Delios spuścił na chwilę wzrok, przełknął ślinę, jakby chciał coś powiedzieć, ścisnął trzymany w ręku dokument, może dla dodania sobie odwagi.
– Co to ma znaczyć? – powtórzył pytanie Lee, zwracając się tym razem do niego.
Delios odchrząknął i nadal unikając jego wzroku, rozwinął nieszczęsny papier i zaczął czytać.
– „W imieniu miłościwie nam panującego króla Rhobara II, pana Myrtany i Varantu, z woli Innosa suzerena Nordmaru i…”
– Streszczaj się! – szczeknął wściekle Lee. – Znam te pieprzone tytuły lepiej od ciebie, bo niejeden zawdzięcza mnie! Po cholerę ta szopka?!
Delios stracił na chwilę wątek, ale opanował się. I wreszcie zdobył się na to, by spojrzeć więźniowi w oczy.
– Dobrze. Pozwolisz więc, że odczytam ci kluczowy fragment tego dokumentu. Ekhm. „Mając na uwadze wieloletnią, oddaną służbę w interesie Zjednoczonego Królestwa Myrtany, w uznaniu zasług wobec niego położonych, bezprzykładnego męstwa i geniuszu taktycznego wykazanego na polach bitew, a tym samym przyczynienia się do wzrostu potęgi i majestatu Królestwa, Jego Wysokość Rhobar II w swej łaskawości uchyla wyrok śmierci ciążący do tej chwili na skazanym i równocześnie nakłada nań wyrok dożywotniego pobytu w kolonii karnej w Górniczej Dolinie na wyspie Khorinis. Dotychczasowe ustalenia dotyczące utraty czci i wszelkich tytułów, jak i konfiskaty majątku i innych dóbr skazanego pozostają w mocy. Od wyroku tego nie ma odwołania. Tak nam dopomóż Innos, Pan wszelkiej światłości i sprawiedliwych sądów.”
Delios oderwał wzrok od dokumentu i znów spojrzał na Lee.
– Zostaniesz przewieziony pod strażą do portu wojennego w Lamaar, a stamtąd przetransportowany wraz z innymi więźniami statkiem na Khorinis. Odtąd nie istniejesz już dla Królestwa. To wszystko.
Lee wpatrywał się w mówiącego jak zahipnotyzowany. Delios umilkł i gestem prawej dłoni wskazał byłemu generałowi wnętrze powozu. Lee patrzył na niego jeszcze przez chwilę, nie zmieniwszy wyrazu twarzy. Gdy wreszcie się poruszył, miał uczucie, że z trudem odrywa stopy od ziemi, jakby podczas przemowy oficera zdążyły zapuścić tam korzenie. Powoli, sztywno jak golem, wszedł po rampie do środka.
A więc istniał jakiś dalszy ciąg. Jego życie, które w chwili wysłuchania wyroku śmierci skurczyło się do tych kilku dni, godzin, wreszcie minut, jakie dzieliły go od stryczka – nagle ruszyło od nowa, jak zegar zatrzymany i nakręcony ponownie, ale już nie wskazujący właściwej godziny, tykający regularnie, lecz bez celu, i odmierzający czas nikomu niepotrzebny, skrzywiony, nie na miejscu w tym celowym i poukładanym świecie. Życie wyłączone nagle z biegu i nurtu spraw, pozbawione wartości i sensu. Sprowadzone do wydobywania „błękitnego złota Khorinis”, jak powszechnie nazywano rudę, do wydzierania jej trzewiom ziemi, do rycia w głębi opornej skały jak ślepy kret, aby dać Królestwu to, czego potrzebowało dla szerzenia swojej potęgi po lądach i morzach, dla prowadzenia beznadziejnej, od lat toczącej się wojny.
Wyrok śmierci, choć tak absurdalny, jakby wyjęty z sennych koszmarów, zdeterminował już jego życie, sprawił, że stało się przewidywalne, poukładane, w pewnym, choć strasznym sensie – zaplanowane. Świadomość własnej śmiertelności nie była dla niego, z oczywistych powodów, czymś nadzwyczajnym. Ale to, co miało nastąpić, przypominało mu pogrzebanie żywcem.

***​

Wóz podskoczył gwałtownie na kamieniach, aż Lee grzmotnął potylicą o tylną ścianę, a za chwilę wyrżnął czołem w obręcz kajdan na swoim nadgarstku. Zaklął i spróbował wklinować się w kąt, gdzie mniej rzucało. Z zewnątrz dochodził brzęk uprzęży i łomot kopyt wierzchowców zbrojnej eskorty, galopującej po obu stronach wozu.
Szok doznany przed godziną powoli ustępował i w myślach mu się rozjaśniało. Rhobar darował mu życie, jemu, oficjalnym wyrokiem uznanemu za mordercę królowej Rovany. Tłumaczenie tej decyzji uprzywilejowaną pozycją generała na dworze, jego zasługami, serią błyskotliwych sukcesów militarnych było absurdem. Taki czyn nie zasługiwał na ułaskawienie. Rhobar nie darzył swej małżonki wielkim uczuciem, jednak niewyobrażalnym było, aby z tego powodu wyrok na mordercy miał być łagodniejszy. Zatem dlaczego?
Powód mógł być tylko jeden. Rhobar nie był pewien. Początkowy ślepy gniew monarchy zastąpiły wątpliwości. Dlaczego jednak w takim razie nie wznowił procesu, nie szukał innych dowodów? Dlaczego skazał Lee na dożywotnią banicję w miejscu, z którego nie było drogi powrotnej? Czyż tak dalece obawiał się zachwiania swojej pozycji nieomylnego władcy, że poświęcił swego najlepszego generała, usuwając go ze świata, nie mając wszakże odwagi posłać go na śmierć?
Natłok myśli kłębiący się w głowie sprawił, że zaczęły napływać inne – te, których tak się obawiał, przed którymi bronił się rozpaczliwie od chwili oskarżenia, od których tak bardzo pragnął się odciąć, skryć za warownym murem, jaki zbudował w duszy. Na tym polega właśnie największy problem z myśleniem. Kiedy już się zacznie, nie ma przed nim ucieczki. Powróciło pytanie, które od samego początku drążyło, dobijało się do niego, krążyło wokół tej jego wewnętrznej twierdzy jak wygłodniały wilk, szukając ukrytego wejścia. Kto za tym stał? Kto, na wszystkie świętości, na wszystkie demony, na wszystkie moce Innosa, Adanosa i Beliara, KTO?!!! I powrócił ból. Rozpaczliwy, nie dający się ukoić, przygniatający swoją nagą, brutalną nieuchronnością.
Tak, Rhobar nie kochał Rovany. To było małżeństwo polityczne, królowa pochodziła z jednego ze znaczniejszych klanów Nordmaru, z dalekiej Północy. Tym samym zaanektowanie Nordmaru przez Myrtanę miało pozory sojuszu, a nie podboju. Zimna, północna kraina stała się częścią Zjednoczonego Królestwa Myrtany prawie bezboleśnie, a bogate złoża jej kruszców zasiliły w naturalny sposób państwo Rhobara II.
A jednak królowa była kochana. Cichym, potajemnym, zawziętym uczuciem, które nie miało prawa upominać się o nic, niczego domagać, a jedynie służyć wiernie i wytrwale, które nie miało prawa krzyczeć o sobie, a tylko milczeć i tym milczeniem wyrażać swoją siłę; uczuciem, które nie miało prawa istnieć…
Generał Lee, postawiony w stan fałszywego oskarżenia o mord na królewskiej małżonce, stracił za jednym zamachem godność, wolność, wiarę w ludzką i boską sprawiedliwość – oraz miłość swojego życia.

***​

Wóz znowu trząsł niemiłosiernie, woźnica bezlitośnie poganiał konie, mając widocznie odgórny rozkaz dostarczyć więźnia do celu jak najszybciej. Byłemu generałowi przemknęło przez głowę, czy aby rozkaz obejmował dostarczenie więźnia w jednym kawałku. Potem zmusił się do myślenia o innych sprawach. O tym, co właściwie czeka go tam, u ostatecznego celu podróży.
Przed niespełna rokiem dwunastu najlepszych magów Królestwa, ściągniętych z najdalszych jego zakątków, zebrało się w Klasztorze Ognia na wyspie Khorinis, by rozpocząć przygotowania do wypełnienia zleconej im przez Rhobara misji. Jej celem było utworzenie magicznej kopuły, nieprzekraczalnej dla żadnej żywej istoty, mającej otoczyć i przykryć obszar, na którym znajdowały się bezcenne kopalnie rudy. Kolonia karna, miejsce zsyłki przestępców skazanych na dożywotnią, wyniszczającą pracę w kopalniach, miała stać się więzieniem idealnym. Jedyną drogą wyjścia z zamkniętego obszaru miała pozostać teleportacja – dostępna wyłącznie strażnikom pilnującym więźniów, wspomaganym z zewnątrz przez specjalnie do tego wyznaczonych magów. System zabezpieczeń przed niepowołanym użyciem teleportacji był skomplikowany, Lee nie orientował się zbyt dobrze w tych kwestiach.
Coś jednak nie poszło tak jak trzeba.
Około pół roku temu statek przybywający z Khorinis przywiózł druzgocącą wiadomość o rebelii więźniów w kolonii karnej. Potężny czar wyrwał się spod kontroli swych twórców i obrócił przeciwko nim. Bariera podczas tworzenia rozrosła się do monstrualnych rozmiarów, pochłaniając cały obszar Górniczej Doliny i zamykając w swym wnętrzu dwunastu magów, jak również rozmieszczone wokół Doliny punkty zogniskowania mocy, mające służyć teleportacji. Panika i chaos, jakie wówczas zapanowały, zostały mistrzowsko wykorzystane przez skazańców. Magom nie udało się opanować sytuacji na czas. Bunt wybuchł jak płomień i jak on rozszerzył się błyskawicznie na całą kolonię. Doprowadzeni do ostateczności więźniowie jak oszalałe zwierzęta poczęli mordować zaskoczonych strażników, nie zważając na własne straty. Jedyną ich bronią była liczebna przewaga i desperacja – i one okazały się decydujące.
Magów jednak nie tknęli.
Lee był świadkiem, jak posłaniec przynoszący te wieści wręczył pobladłemu władcy dwa listy. Jeden z nich pochodził od Arcymaga Ognia, mistrza Xardasa, który nadzorował całą tę fatalną akcję. Informował on Rhobara o zawarciu z buntownikami swoistego, wymuszonego okolicznościami, paktu o nieagresji. Próby umożliwienia zamkniętym magom teleportacji poza Barierę, podejmowane przez ich konfratrów z klasztoru, spełzły na niczym. Pod magiczny klosz można było wkroczyć z zewnątrz, ale była to droga w jedną stronę. Można więc powiedzieć, że zasadniczy cel został spełniony. Górnicza Dolina istotnie stała się idealnym więzieniem. Wątpliwe jednak, aby było to szczególną pociechą dla magów, zmuszonych dzielić los skazanych bandytów.
Autorem drugiego pisma był prowodyr rebelii, Gomez, samozwańczy przywódca więźniów. Ku ogólnemu zaskoczeniu proponował on królowi układ, na mocy którego obiecywał kontynuować wydobycie rudy w zamian za comiesięczne dostawy żywności i wszelkiego rodzaju niezbędnych artykułów.
Decyzja Rhobara, kiedy już odzyskał mowę, była natychmiastowa.
– Dajcie tym skurwysynom wszystko, czego zażądają. Wszystko! Bez rudy z Khorinis jesteśmy niczym. Możemy od razu poderżnąć sobie gardła!

***​

Fort Lamaar, za czasów Rhobara I będący niezależną twierdzą rządzoną przez namiestnika, obecnie stanowił oficjalnie część Vengardu, wysuniętą placówkę, położoną o kilka godzin drogi na południe od stolicy. Zamieniony w siedzibę Admiralicji, nie przestał rzecz jasna pełnić swej funkcji obronnej, górując nad wciętą głęboko w wysokie klify zatoką, w której stacjonowały główne siły wojennej floty Myrtany.
Rzecz jasna, znajdowało się tu również więzienie. Czego jak czego, ale więzień w Myrtanie nie brakowało.
Na transport, jak wywnioskował Lee z zasłyszanej przypadkiem rozmowy strażników, przyszło oczekiwać kilka dni, potrzebnych na załadunek towarów przeznaczonych dla stacjonującego w porcie Khorinis garnizonu – oraz dla potrzeb kolonii.
W zbiorowej celi prócz niego znalazło się czterech innych skazańców. Dwóch flegmatycznych, zwalistych dryblasów było braćmi – podobieństwo rzucało się w oczy od razu. Trzymali się razem, stroniąc od towarzystwa innych i nie byli szczególnie rozmowni, z trudem dało się od nich wydobyć, że nazywają się Eil i Damor, ale który był który, tego już eksgenerał się nie dowiedział. Mało go to zresztą obchodziło. Trzeci, niewysoki, o inteligentnych oczach szatyn w średnim wieku imieniem Graham krążył nerwowo po celi, obmacując kamienie i snując abstrakcyjne rozważania, ile też czasu by potrzeba dla przebicia się na drugą stronę muru za pomocą drewnianej łyżki, którą jakoś udało mu się zwędzić podczas posiłku i ukryć w rozpadającym się sienniku. Gdy mu się to znudziło, przerzucił się na etymologię i długo rozwodził się nad tym, że nazwa fortu, Lamaar, pochodzi z języka orków, gdzie "Lag-Mahr" oznacza tyle, co "nadmorski". Gdy Lee, zmęczony tą gadaniną, wreszcie kazał mu się zamknąć i przestać pouczać ich o tym, co i tak wie każde myrtańskie dziecko, obraził się, ale nie na długo. Próbował też oswajać szczury, które sobie tylko wiadomymi ścieżkami docierały do lochu w nadziei na jakieś resztki, jednak wobec jednogłośnego i stanowczego sprzeciwu współtowarzyszy niedoli zaniechał tego pomysłu.
Ostatni z więźniów sprawiał nędzne i raczej przykre wrażenie. Mały, chudy i obdarty, o bladej twarzy idioty, rzadkim wąsiku, wyglądającym jak namazana węglem kreska pod nosem i niespokojnych, wiecznie rozbieganych oczach, które żebrały o jakieś życzliwe zainteresowanie otoczenia, wybuchający nerwowym chichotem w najmniej przewidywalnych momentach. Łasił się do pozostałych więźniów jak pies, zagadywał irytująco piskliwym głosem, a odpędzany kopniakami i przekleństwami, uciekał do przeciwległego kąta i pochlipywał tam cicho jakiś czas. W Lee współczucie walczyło z irytacją; starał się traktować typka życzliwie, ale ten, kiedy tylko usłyszał od kogoś cieplejsze słowo, stawał się niesamowicie namolny i męczący.
– Istny wrzód na d*pie! – mówili o nim i to przezwisko przylgnęło do nieszczęsnego osobnika bardziej niż imię, które nikogo nie interesowało i którego nikt nie raczył zapamiętać.
Czwartego dnia wyprowadzono ich z lochu.
Niemal zachłystywali się słonym, morskim powietrzem, tak szokującym po okropnym zaduchu więzienia. Skuci długim łańcuchem, postępowali po nabrzeżu w kierunku oczekującego na rozkaz rzucenia cum wojennego okrętu „Serafin”. Nie zdając sobie z tego sprawy, szli coraz wolniej, aż zbrojna eskorta wrzaskiem, popychaniem, uderzeniami zmusiła ich do przyspieszenia kroku.
I wówczas niespodziewanie nadleciała duża srebrzysta mewa, jedna z tych, które tysiącznymi koloniami gniazdowały na klifach, w każdej rozpadlinie skalnej. Lee usłyszał nad sobą krzyk i furkot skrzydeł – ptak wzlatywał i pikował w dół, zataczał koła, nawracał uparcie nad jego głowę, jakby go pilnował. Potem odleciał, ale powrócił w chwili, gdy więźniowie byli już na trapie. Jego natarczywość zwróciła wreszcie uwagę strażników, rozpoczęło się gorączkowe przeganianie, doprawione odpowiednią dawką przekleństw. Mewa znów musiała dać za wygraną, wzniosła się wysoko, prawie pod topy masztów, gdzie natychmiast zagarnęła ją chmara jej towarzyszek, spłoszonych czymś i zrywających się w pośpiechu ze skał i pali nabrzeża. Widać ją było chwilami, wyróżniającą się ciemniejszymi końcówkami skrzydeł, krążącą wytrwale wokół statku. Po chwili ptaki uspokoiły się, obsiadły znów swoje stałe miejsca na pirsie i klifach.
Lee nigdy nie był przesądny i nie wierzył we wróżby. Teraz jednak, sam nie wiedząc czemu, poszukał wzrokiem „swojej” mewy. Wreszcie, stojąc już u schodni prowadzącej pod pokład, dostrzegł ją. Ptak przysiadł na rufie "Esmeraldy", niewielkiego patrolowca kołyszącego się nieopodal na kotwicy i kwilił żałośnie i przenikliwie, wyciągnąwszy do przodu srebrzystą szyję.

***​
**​
*​

Zachłysnął się wodą, prychając wynurzył głowę nad powierzchnię. Oszołomienie spowodowane uderzeniem o taflę jeziora ze znacznej wysokości mieszało się z dziwnym uczuciem, jakby tysiące małych igiełek próbowały przebić się przez jego skórę od wewnątrz – efektem przejścia przez Barierę. Tu na dole było chyba nieco cieplej – może z powodu osłonięcia od wiatru hulającego na płaskowyżu, a może za sprawą tej przeklętej magicznej pokrywki. Płynąc w stronę brzegu wyczuł wreszcie grunt pod nogami, stanął po pas w wodzie, spojrzał w górę. Pomiędzy miejscem, gdzie stał, a urwiskiem, z którego właśnie go zepchnięto, nie dostrzegł początkowo nic szczególnego, dopiero po chwili powietrze przeciął ledwo dostrzegalny, wężowy błysk, zamigotał, zgasł. Drobne, liliowe iskry zbiegały się, potem rozgałęziały w lśniące linie błyskawic, falowały, były w ciągłym ruchu. Miał wrażenie, że ten dziwny, niemal niewidoczny, a przecież groźny magiczny twór obserwuje go, pochyla się nad nim tryumfalnie i mściwie.
Nad krawędzią urwiska widniały jeszcze przez chwilę głowy strażników. Może sprawdzali, czy się nie zabił wpadając do wody? Potem znikły. Świat zewnętrzny przestał się nim interesować. Odwrócił się więc do niego plecami i dobrodził do brzegu.
Nie zdążył zrobić nawet kilku kroków po suchym gruncie, gdy zza zakrętu ścieżki wcinającej się w skaliste wzniesienie wyłoniło się trzech mężczyzn. Byli uzbrojeni i najwyraźniej zirytowani. Otoczyli go fachowo, tak, aby mógł widzieć tylko dwóch naraz. Przyjął obronną pozę, nie wiedząc, czego się po nich spodziewać.
– Co oni tak, k**wa, porcjami wrzucają? – gorączkował się ten z lewej. – Myślą, że będziemy co chwila tutaj latać i sprawdzać, czy aby ktoś nie wleciał? Przedwczoraj towar i dwóch, wczoraj znowu dwóch, z czego jeden samobójca, a teraz ten dupek.
– Dbają o naszą kondycję – parsknął najwyższy z nich. – Nie ma to jak krótki bieg przed obiadem na plac wymian i z powrotem. No dobra, sukinsynu – zwrócił się wreszcie do Lee. – Idziemy, tylko bez numerów. Nikomu jeszcze nie przywaliłem od wczoraj i módl się, żebyś nie był pierwszy.
– Zmusisz mnie? – wycedził Lee.
Jak na komendę dwaj po bokach wyciągnęli miecze z pochew. Wysoki zbliżył się i podsunął mu pięść pod nos.
– Tak – odparł. – I mam na to dwa sposoby. Siła i perswazja. Który wybierasz?
– Wybierz sam. Z przyjemnością popatrzę i posłucham.
Ku zaskoczeniu Lee typ się roześmiał.
– Podobasz mi się, chojraku. Niech ci będzie, spróbuję perswazji. Spójrz – wyciągnął rękę na prawo, wskazując jakiś punkt na skałach otaczających jezioro. – To jest nasz wczorajszy samobójca.
Lee zwrócił głowę we wskazanym kierunku i dojrzał na szarych kamieniach jakiś kształt. Było to ciało skręcone w dziwacznej pozycji i nawet z tej odległości widać było, że poszarpane łachy i skóra trupa są miejscami zwęglone. Efekt przypominał nieco ofiarę uderzenia pioruna. Lee z zaskoczeniem rozpoznał w nim jednego z braci, którzy zabrani zostali wczoraj z celi.
– Tak działa Bariera. Pokazuję ci go, żebyś zrozumiał, że stąd nie ma ucieczki, jeśli jeszcze dotąd miałeś wątpliwości. Jesteś tu zamknięty razem z nami. I możesz współpracować albo walczyć. W walce przegrasz. Jeśli nawet – w co wątpię – poradziłbyś sobie z nami, prędzej czy później zetkniesz się z innymi. A jeszcze wcześniej z dzikimi zwierzętami. Głodnymi. Dolina nie jest bezpiecznym miejscem. Będziesz potrzebował schronienia, pożywienia, broni – a to znajdziesz tylko w obozie. Tak, jak tu stoisz, nie przetrwasz w kolonii samotnie nawet jednej nocy. Możesz, oczywiście, próbować. Ale ja nie mam żadnego interesu w tym, by ci na to pozwolić. Bo my potrzebujemy ludzi. I dlatego pójście z nami jest jedyną sensowną opcją. Schowajcie żelazo, chłopcy. Nie będziemy tu robić sieczki.
W chwili, gdy to mówił, zza zakrętu objawił się jakiś nowy, ubrany w czerwoną tunikę gwardzisty i pogięty półpancerz z godłem królewskim. Przyjrzał się byłemu generałowi i splunął.
– Czego tu sterczycie? Na pogaduchy wam się zebrało?
– Spokojnie, Abel. On pójdzie z nami.
– Jasne, że pójdzie, ścierwo – zaperzył się czerwony, podchodząc bliżej i znowu spluwając. – Jasne, że pójdzie, a jak nie, to go poniosą, bo zrobię mu z d*py marzenie ścierwojada.
Lee nie zdzierżył, pięść poleciała sama, choć wiedział, że nie ujdzie mu to bezkarnie. Kątem oka widział już zbliżający się kułak tego po prawej. Nie zdążył zrobić uniku, dostał w skroń prawie równocześnie z chwilą, gdy typ w czerwonym, odrzucony jego ciosem, walił się do tyłu, ciągnąc za sobą rozbryzg krwi z rozkwaszonego nosa i ust. Zamroczony uderzeniem Lee nie zauważył, kiedy tamci dwaj znaleźli się za jego plecami, wykręcili mu boleśnie ramiona do tyłu. Dostał w żołądek, raz, drugi, kopnął na oślep i chyba trafił, bo ten, który go bił, zaklął paskudnie. Lee szarpnął się, ale trzymali go mocno. Zatargał się z furią w ich uchwycie i nagle wściekły ból wybuchł mu w okolicy prawego barku, rozlewając się jakby roztopionym ołowiem w kierunku łopatki, ucha i łokcia. Eksgenerałowi wyrwał się zduszony krzyk. Tamci, czując, że osłabł, skorzystali z okazji i zaczęli okładać go pięściami, gdzie popadło, dołączył do nich ten z rozbitą twarzą, ale wysoki natychmiast ostro zareagował.
– Dość! – ryknął. – Zatłuc go chcecie?
Schylił się i zbliżył swoją twarz do twarzy zgiętego wpół Lee.
– No dobra. Pośmialiśmy się, pożartowaliśmy, pokazałeś, co potrafisz. Po dobroci nie chciałeś. No to teraz damy ci szansę wykazania się jeszcze bardziej.
Wyprostował się.
– Na arenę z nim! – zakomenderował. – Będzie lepszy ubaw!
Zwichnięty bark skutecznie uniemożliwiał szarpaninę. Chwycili go pod ramiona, powlekli za sobą, błotnistą drogą między skalnymi ścianami. Potem skały się skończyły i dopiero wówczas otworzył się właściwy widok na dolinę, rzekę i górującą nad wszystkim, masywną bryłę zamku na przeciwległym brzegu. Widok byłby nawet malowniczy, gdyby tylko stan psychofizyczny Lee pozwalał na docenienie takich szczegółów. Most na rzece, przez który go ciągnęli, prosił się o kapitalny remont. Tuż za mostem napatoczył się następny w czerwonej tunice.
– Nowy nabytek? – zapytał, wskazując eksgenerała.
– Kandydat na arenę – zarechotał ten wysoki.
– Wolałbym kandydata do kopalni. Od wczoraj pełzacze zeżarły podobno dwóch. A tobie coś zaszkodziło, Abel? Czy zaciąłeś się przy goleniu?
– Ftul pyfk – odciął się mocno niewyraźnie ten z rozwaloną gębą. – F pfyjemnofcią popatfę, jak fypruwają f niego flaki. Kopalnia fię od tego nie fawali.
– Jak sobie chcecie – facet wzruszył ramionami, najwyraźniej nie przejmując się aż tak losem kopalni i jej osiągami.
Znów go wlekli, drogą prowadzącą pod górę, w kierunku zamku, do którego murów, jak można było teraz zauważyć, przytuliła się gromada niedbale skleconych drewnianych szop i kilka glinianych lepianek przypominających jaskółcze gniazda. Cała ta, jak gdyby nastroszona, grupa zabudowań przesłonięta była częściowo rodzajem drewnianej palisady, najwyraźniej będącej w trakcie budowy. Tu i ówdzie widniały pojedyncze budyneczki rozrzucone po terenie w niewielkiej odległości od twierdzy. Lee ze swoją nadprogramową obstawą znalazł się wśród zabudowań, między którymi kręciło się trochę ludzi. Skądś zaleciało gnojówką, tłustym dymem i czymś przypalonym. Gdzieś z lewej dochodziła wrzawa. Cała grupa skierowała się właśnie w tamtą stronę. Wrzaski przybrały na sile.
Obiekt, w którym się znalazł, pierwotnie był zapewne magazynem rudy lub arsenałem. Z niskiego, ośmiokątnego, pozbawionego okien budynku o grubych murach, zaopatrzonego w dwie naprzeciwległe kordegardy u wejścia, pozostały jedynie gołe kamienie. Dach został rozebrany lub może spłonął, a szeroki, poszarpany szczyt muru tworzył teraz coś w rodzaju trybun gęsto usianych ludźmi. Rozwrzeszczana zgraja tłoczyła się u góry, otaczając arenę zbitym, falującym pierścieniem.
Piach pod ścianą był w jednym miejscu rdzawy od krwi i zryty, jakby ktoś się tam rzucał w agonii. Wysoki, barczysty mężczyzna o rudych włosach i zarośniętej ryżą szczeciną gębie stał nieopodal z zakrwawionym żelastwem w dłoni i przyglądał się tryumfalnie, jak kilku innych wynosi do jednego z bocznych pomieszczeń bezwładne ciało.
Prowadzący Lee obwiesie pchnęli go silnie, aż bezwładnie poleciał na środek areny i bezskutecznie próbując odzyskać równowagę zarył twarzą w piach.
– Następny ochotnik! – rozległo się za nim wołanie. Odpowiedzią był wzmożony ryk zgromadzonych widzów.
Usłyszał świst i coś upadło na piasek. To był miecz – ciężki, dwuręczny flamberg o zardzewiałej głowni i rękojeści owiniętej szmatą. Tłum wokół śmiał się, wył, gwizdał i tupał. Lee podniósł się na kolana, nie spuszczając broni z oczu. Ciśnięta z widowni butelka boleśnie uderzyła go w łopatkę.
– Podnieś!!! – ryczał ktoś z góry, za chwilę przyłączyli się do niego inni. – Podnieś!!! Walcz!!!
Rudy drągal, uśmiechnięty obelżywie, obszedł generała wokół, powtarzając coś, czego nie dało się dosłyszeć w ogólnym hałasie. Wywichnięte ramię rwało bólem, nie było szansy, by wykonać nim zamach.
Rudzielec najwyraźniej znudził się, bo przyskoczył nagle do klęczącego, zamierzając kopnąć go w żebra. Nie zdążył. Lee rzucił się szczupakiem w przód, porwał miecz lewą ręką, zerwał się z powrotem na jedno kolano i ryzykując wywichnięcie sobie przy tym drugiego barku zawinął nim i ciął na odlew przez udo i kolano tamtego, wytrąconego z równowagi jego nagłym unikiem. Nie był to szczególnie profesjonalny cios, głownia uderzyła niemal płazem, lecz jej ciężar i faliste ostrze zrobiły swoje. Rudzielec jęknął, rozcięty materiał spodni natychmiast nasiąkł czerwienią. Typ zwinął się na ziemi rycząc przekleństwa i ściskając zranione udo. Lee podniósł się chwiejnie na nogi. Nieporęczna, zbyt długa broń ciążyła mu w dłoni. Rudy jednak nie dał się łatwo spacyfikować, pozbierał się szybko, zaatakował z ziemi, z podobnej pozycji jak przed chwilą Lee. Ten sparował bez trudu, uderzył jeszcze raz, wytrącając mu broń z ręki i natychmiast musiał się cofnąć, bo z widowni na arenę zeskoczył, zachęcany wrzaskami, kolejny typ, krępy blondas z wyraźnym zezem, uzbrojony w krótki, szeroki miecz, jaki nosili zwykle strażnicy miejscy we wszystkich miastach Myrtany. Wywinął nim efektownego młynka, w sposób charakterystyczny dla ludzi, którym wydaje się, że z bronią wyglądają lepiej niż ma to miejsce w rzeczywistości. Skoczył ku Lee, wyraźnie próbując zajść go od prawej, tymczasem rudzielec, nie dając za wygraną, przemykał się na jego tyły. Lee ubiegł jego manewr, wycofywał się ku ścianie, flamberg w jego dłoni ożył, tworząc świszczącą zasłonę stali, nie dopuszczając żadnego z nich na długość ostrza.
Zmienili taktykę. Rudy, niby to słaniając się z powodu rany na udzie, skłonił się nagle ku ziemi i błyskawicznym zamachem sypnął mu garścią piachu w twarz. Lee, widząc co się święci, zdążył zamknąć oczy, fortel spełzł na niczym, obaj obwiesie już po chwili odskakiwali jak koniki polne przed furkoczącym żelazem.
Uczucie beznadziei i rozpaczy zaczęło powoli ustępować miejsca wściekłości. A do wściekłości dołączyło jeszcze jedno uczucie, co do którego był święcie przekonany, że wyzbył się go na zawsze. W generale nagle i niespodziewanie dla niego samego zagrała ambicja. Pokazać tej zgrai kryminalistów i rynsztokowych wypierdków, co to jest szermierka. Porozstawiać po kątach tę bandę szmaciarzy, z których połowa nie potrafiłaby pewnie zamachnąć się takim orężem, jaki on z konieczności dzierżył jedną ręką.
Wśród zlewającego się morza twarzy okalających arenę Lee wychwycił jedną – przystojny, o nieco demonicznym typie urody i arystokratycznej, szlachetnej, pociągłej twarzy brunet przyglądał mu się beznamiętnym, lecz bardzo uważnym spojrzeniem. Przypominał trochę drapieżnego ptaka. W falującej, rozwrzeszczanej masie odpychających, zaczerwienionych z emocji gąb ta jedna twarz nieruchoma, poważna, skupiona, skoncentrowana wręcz, przyciągała uwagę. Trwało to tylko chwilę, Lee znów odwrócił się w stronę przeciwników, usiłujących wziąć go w dwa ognie. Rzucili się na niego jednocześnie, rudy wznosząc miecz do cięcia, zezowaty mierząc sztychem w jego bok. Lee wyrzucił klingę od dołu szerokim zamachem, bezwładność ciężkiej broni zniosła bez trudu cios rudzielca, przeniosła go między nimi, pozwoliła na obrót. Zezowaty poleciał do przodu, niemal ocierając się o jego biodro, przechodząc na swoje szczęście pod ostrzem miecza, a Lee kończąc obrót znów dosięgnął rudego i ciosem przez pierś powalił go na ziemię, a następnie – nie bez satysfakcji – powrotnym uderzeniem rozrąbał mu kolano. Rudy zawył i próbował się odczołgać, piasek pod nim czerwieniał. Blondas odzyskał równowagę, widząc co się dzieje zaatakował wściekle, Lee przez dłuższą chwilę parował jego błyskawiczne ciosy, nie mając okazji do wyprowadzenia kontrataku. Pot zalewał mu oczy. Gdy zdołał wreszcie wyprowadzić cios ofensywny, tamten zastawił się zgrabnie, jednak nie wytrzymał siły uderzenia i w efekcie zranił się w goleń własnym mieczem, pchniętym mocą ciosu Lee. Typ był jednak cholernie zwinny – choć ranny, zdołał umknąć i stanąć w obronnej pozie kilka metrów dalej.
Dysząc ciężko, obchodzili się czujnie w pewnej odległości od siebie, próbując wypatrzyć najlepszy moment do ataku. Lee poczuł, że długo tak nie pociągnie. Serce tłukło mu się w piersi, jakby chciało wyskoczyć przez gardło. Ręka trzymająca miecz zaczynała dygotać.
– Ej! – przez tłum kłębiący się przy wejściu na arenę przepchnął się brutalnie potężnie zbudowany mężczyzna o ciemnej karnacji południowca. Podszedł do zezowatego, który lekko się cofnął. – Koniec zabawy. Wypierdalać mi stąd, ale już. I swojego kumpla też zabieraj.
– Thorus, k**wa, o co ci chodzi? – zezowaty próbował zgrywać chojraka, ale widać było, że z południowcem nie ma ochoty zaczynać. Ten bezceremonialnie złapał go za koszulę pod szyją i uniósł lekko, zmuszając do stanięcia na palcach. Przyciągnął nie stawiającego oporu typka do siebie, aż niemal zetknęli się nosami.
– Mam wrażenie, że czegoś nie dosłyszałeś – warknął. – Won stąd. Obaj. – Pchnął zezowatego w stronę usiłującego się podnieść rudzielca. Lee dopiero teraz zauważył, że na widowni zapadła względna cisza.
– I ty też – człowiek zwany Thorusem zwrócił się teraz do niego. – Wynocha.
Lee stał jeszcze przez chwilę, patrząc na trzymany w opuszczonej ręce miecz. Potem, niemal wbrew własnej woli, rozwarł powoli palce, pozwalając broni osunąć się na ziemię. Odwrócił się od Thorusa i zezowatego obwiesia, próbującego podtrzymać lecącego mu przez ręce kolegę. Szedł, słaniając się, przez arenę, myśląc tylko o jednym – nie upaść. Nie zemdleć tu na oczach wszystkich. Ku jego zaskoczeniu rozstąpili się, by go przepuścić. Nie zaczepiany przez nikogo przeszedł pod łukiem wejścia, skierował się w prawo, między jakieś beczki i skrzynie spiętrzone pod zamkowym murem. Krew waliła mu w skroniach, głusząc dźwięki. Przed oczami latały ciemne plamy. Nikt go nie gonił, nie zaczepiał; ci, którzy jeszcze przed chwilą tak pragnęli widoku jego flaków na piasku areny, błyskawicznie stracili zainteresowanie całym konfliktem. Przeszedł tak, zataczając się jak pijany, może kilkadziesiąt kroków, gdy drogę zagrodziły mu sterty desek i jakieś drewniane zabudowania. Zachwiał się, wsparł zdrową ręką o deski, jednak zsunęły się ze stosu, pozbawiając go oparcia. Macając przed sobą jak ślepiec, na wpół przeszedł, na wpół przewalił się przez nie; jak chore zwierzę, gnane instynktem schronienia się gdziekolwiek, wcisnął się w zaułek między ścianami sąsiadujących ze sobą szop i tam wreszcie osunął się na błotnistą glebę, a głowę zalała mu ciemność.

***​

Obudził go potęgujący się ból w wywichniętym barku, którym oparty był o deski. Ktoś potrząsał go za ramię, klepnął raz i drugi po twarzy.
– Hej! – niski, zgrzytliwy głos docierał do niego jak zza ściany. – Żyjesz, chłopie?
Lee podniósł głowę, starając się skupić wzrok na otoczeniu. Obok niego przykucnął chudy, żylasty oberwaniec o śniadej twarzy ozdobionej wydatnym orlim nosem i imponującym czarnym wąsem.
– Żyjesz? – powtórzył.
– Nie jestem pewien.
– No, daj spokój. Najpierw spuszczasz tym palantom manto jak malowanie, a za chwilę mdlejesz jak panienka. Pobudka, przyjacielu!
– Czego chcesz? – wymamrotał Lee.
– Na razie tego, żebyś pozbierał się do kupy i wylazł z tej zaszczanej nory na wielki, piękny świat.
– Chciałeś powiedzieć – pod wielki, piękny klosz… – mruknął sarkastycznie Lee.
Mężczyzna wybuchnął głośnym, chrapliwym śmiechem, w jego oczach zapłonęły wesołe iskierki.
– Diego – wyciągnął przed siebie szczupłą, żylastą dłoń o długich palcach.
– Lee – uśmiechnął się blado eksgenerał, podając swoją, z konieczności lewą.
– Tak tytułem wstępu, zdradzisz mi za co siedzisz?
– To dłuższa historia. I dość nieprawdopodobna. Może kiedy indziej.
– Taaa, gadasz jak większość tutaj. Połowa ludzi twierdzi, że mają wyrok za niewinność. Same z nas baranki, nie? A jak przyjdzie co do czego, to bez kija nie podchodź – wąsacz roześmiał się znowu. – Idziemy! – pociągnął eksgenerała za zdrowe ramię, pomagając mu wstać.
– Dokąd? – Lee cofnął się odruchowo.
– Spokojnie, przecież nie do smoczej jaskini – zarechotał Diego. – Chodzi mi o twoją rękę. Mam kumpla, który potrafi to nastawić.
– Odwaliłeś piękny pokaz machania dwuręczniakiem – ciągnął, gdy szli wzdłuż prowizorycznego ogrodzenia okalającego część terenu wokół zamku.
– Widziałeś?
– Rzuciłem okiem. Trudno się było dopchać. Zakładam, że nie nauczyłeś się tego podczas pasania świń. Dobrze już, dobrze, o nic nie pytam – parsknął, widząc minę Lee. – Nie chcesz gadać, to nie. Może przyjdzie taki moment, że zapragniesz się komuś pozwierzać. Na każdego przychodzi prędzej czy później. Wierz mi.
Lee w milczeniu skinął głową.
Kumpel Diega okazał się mocno podstarzałym, łysawym jegomościem o aparycji woźnego sądowego. Siedział w słońcu pod murem na odwróconej skrzynce, zajęty pieczołowitym zwijaniem skręta z resztek jakichś liści i pokruszonych źdźbeł słomy. Spojrzał pytająco na Diega, potem na jego towarzysza.
– To jest Jeremiasz, a to Lee – bez wielkich wstępów dokonał prezentacji Diego. – Potrzebujemy twojej fachowej, medycznej interwencji, Jer.
Starzec popatrzył na nieruchomo zwisające ramię eksgenerała i bez słowa wskazał mu miejsce obok siebie. Lee usiadł.
– Złamana? – spytał Jeremiasz, zatykając sobie skręta za uchem.
– Raczej nie. Bark… – Lee dotknął obolałego miejsca i skrzywił się. Jeremiasz stanowczo odsunął jego dłoń, twardymi, węźlastymi palcami objął mu mocno bark, zaś drugą ręką łokieć, podniósł się i dwoma szybkimi, fachowymi ruchami skręcił ramię pod dziwnym kątem raz w jedną, raz w drugą stronę. Lee, choć przygotowany na to, aż zgiął się wpół, jęknął głucho przez zaciśnięte zęby; fala gorąca spełzła po ręce aż do dłoni, a w oczach znów mu na chwilę pociemniało.
– Poruszaj – rozkazał Jeremiasz.
Lee ostrożnie poruszył barkiem w górę, w dół, podniósł ramię nad głowę, pokręcił nim w różne strony. Bolało jeszcze, ale nie był to już ten obezwładniający ból powodowany wybitym stawem.
– Dziękuję – spojrzał ciepło na starca – jestem twoim dłużnikiem.
– Każdy tu jest czyimś dłużnikiem. Tylko niektórzy bardziej niż inni. Nie przemęczaj przez parę dni, jeśli to możliwe.
– Możliwe, możliwe – wtrącił się Diego, z założonymi rękami obserwujący operację – do kopalni go raczej nie zaciągną. Szkoda, Jer, że nie widziałeś, jak on lewą ręką potrafi wywijać dwuręcznym! Piękna walka, choć nie miałbym nic przeciwko ukatrupieniu przynajmniej jednego z tych fagasów.
– Nie gustuję w jatkach. Przy okazji, Snaf cię szukał. Podobno towar jest w stałym miejscu, ale woli, żebyś go stamtąd jak najszybciej sprzątnął. Nie chcę nawet wiedzieć, o jaki towar chodzi.
– Gdybym ci powiedział, musiałbym cię zabić – zażartował Diego. – Zostawiam chwilowo naszego nowego przyjaciela w twoich rękach. Spotkamy się później! – i ulotnił się.
Eksgenerał, rozmasowując sobie bark, oparł się o nagrzany mur. Nie miał ochoty wstawać, choć właśnie zaczynało do niego docierać, że może czas doprowadzić się do porządku. W ciągle jeszcze mokrym, niemiłosiernie zapiaszczonym ubraniu i od dawna nieogolony czuł się raczej średnio komfortowo. Wymamrotał jakieś niewyraźne usprawiedliwienie. Jeremiasz wzruszył na to ramionami i poczęstował go skrętem, którego odpalił od tlącego się w pobliżu miniaturowego ogniska. Sam zaczął zwijać drugiego.
– A więc jesteś lekarzem? – zagaił Lee, patrząc jak leniwe esy-floresy dymu wędrują w górę, rozświetlone słońcem.
– Oficjalnie nie. Studiowałem czas jakiś medycynę, choć właściwie moja specjalność to alchemia i zielarstwo. Ale tutaj przydaje się ktoś, kto potrafi nastawić powyłamywane gnaty i zszyć to i owo. Jestem ceniony, a więc w miarę nietykalny, co jest dosyć istotnym plusem. Nawet jeszcze przed buntem… wiesz, w końcu nie tylko kopaczom przydarzały się wypadki, strażnikom też.
– Jak się tu znalazłeś? Jeśli wolno spytać, rzecz jasna.
– Zaaplikowałem właściwy specyfik niewłaściwemu człowiekowi. Lub, jeśli kto woli, niewłaściwy – właściwemu. Skończyło się zejściem śmiertelnym. Zrobiłem to celowo, choć rzecz jasna na procesie zasłaniałem się tragiczną pomyłką i w ogóle odstawiłem niezłą komedię. Nie pomogło, jak widzisz. Rzecz w tym, że ten człowiek popełnił straszne skurwysyństwo wobec pewnych nieobojętnych mi osób. Nie mogłem jednak z pewnych względów donieść na niego, zresztą nic by to pewnie nie dało, bo na wysoko postawionego skurwysyna nie ma mocnych. Zachciało mi się samemu wymierzyć sprawiedliwość, ale trochę się przeliczyłem. Typ miał wykitować po paru dobach od wizyty w mojej pracowni. Była szansa, że nikt nie skojarzy całej sprawy ze mną, ale wszystko wzięło w łeb, bo draniowi zachciało się wyciągnąć kopyta niemal na progu mojego lokalu.
Starzec umilkł i zaciągnął się skrętem, po czym przez dłuższą chwilę wydmuchiwał artystyczne kółka.
– To było podczas tej pierwszej fali „naboru” do kolonii karnej. Nasz miłościwy – tu Jeremiasz splunął celnie w ognisko – Rhobar wtedy kompletnie oszalał. A może nie tyle on, co jego urzędnicy i sędziowie. Za wszystko można było tu trafić. I wielu trafiało. Co nie znaczy, że się usprawiedliwiam. Ale czasem myślę, że na to, cośmy tu przeszli na początku, nikt nie zasługuje, nawet najgorszy zbrodniarz. Zresztą nieważne. To było dawno. A teraz jest teraz i trzeba jakoś żyć. Jesteś nowy, jak rozumiem. Co zamierzasz?
– Jeszcze nie wiem – wzruszył ramionami Lee.
– Gomez ma głowę na karku. – Jeremiasz rzucił to w przestrzeń, bardziej chyba do siebie niż do rozmówcy. – Cokolwiek by o nim nie mówić, jest dobrym organizatorem. I potrafi trzymać ludzi za pysk, jeśli trzeba. Na twoim miejscu nie wojowałbym z nim.
– Z nikim nie zamierzam wojować. Jak długo nie da mi do tego pretekstu.
– Chwalebna deklaracja. Nie gniewaj się, ale ja również chciałbym wiedzieć o tobie coś bliższego. Kim byłeś na wolności?
– Żołnierzem – odparł krótko Lee. – I niezależnie od tego, czy mi uwierzysz czy nie, siedzę za nic. Wrobiono mnie i zrujnowano mi życie. Tyle niech ci na razie wystarczy.
Jeremiasz pokiwał głową.
– Jesteśmy tu jak szczury w klatce. Prędzej czy później zrobi się w niej za ciasno. A co robią szczury, gdy im ciasno? Zaczynają się zżerać nawzajem. Przyroda – uśmiechnął się kwaśno. – Nas przestały dotyczyć jakiekolwiek prawa z chwilą, gdy tu trafiliśmy. Niektórym to pasuje. Dlatego każdy, kto w tej zasranej kolonii ma jakiś talent organizatorski i przede wszystkim chęć, aby respektować choćby z grubsza jakieś normy współżycia społecznego, jest na wagę złota. I tak dostatecznie wielu jest takich, którzy tylko patrzą, jakby drugiemu skoczyć do gardła. Przyroda...
Stary zielarz znowu zamilkł, przymknąwszy oczy grzał się w październikowym słońcu. Lee chciwie zaciągał się cuchnącym skrętem; dym działał pozornie orzeźwiająco i przytępiał jakby nieco uczucie mdlącego głodu, które doszło do głosu, gdy tylko adrenalina po dotychczasowych wydarzeniach zaczęła trochę opadać. W ostatnim etapie dziesięciodniowej morskiej podróży na Khorinis, a później w miejskim więzieniu racje żywnościowe stały się bardziej niż umowne. Więźniowie mieli docierać do kolonii żywi – niekoniecznie najedzeni.
Z miejsca, w którym obaj siedzieli, nie było widać zbyt wiele. Część krajobrazu doliny zasłaniał połowicznie ukończony ostrokół z drewnianych bali na bazie niskiego ziemnego wału umocnionego kamieniami i gliną. Obóz skazańców, jak widać, systematycznie odcinał się od niebezpieczeństw Górniczej Doliny. Do gotowej już części ostrokołu przytykał rząd zabudowań, zapewne mieszkalnych, choć przywodzących na myśl raczej kurniki. Drugi taki rządek szop, przyklejony do zamkowego muru, biegł na lewo od niego. Dobiegało stamtąd stukanie młotka i odgłos rąbania drewna. Krzątający się tu i ówdzie ludzie, zwykle o dość nędznym wyglądzie, na szczęście nie zwracali na niego specjalnej uwagi. Nad tym wszystkim, widoczne z oddali ponad dachami szop, górowało wysokie łyse wzgórze, jak spiętrzona ponad terenem zastygła fala.
Eksgenerał przezwyciężył ogarniającą go słabość i spróbował trochę oczyścić odzież z błota i piachu, ale szło mu niesporo. Nagły, głuchy grzmot, który przetoczył się wysoko, sprawił, że poderwał głowę i ze zdumieniem rozejrzał się po błękitnym niebie, po którym wędrowało zaledwie parę pierzastych obłoczków.
– To Bariera. – Jeremiasz nawet nie podniósł wzroku. – Przyzwyczaisz się. Czasem odezwie się raz dziennie, a czasem grzmi bez przerwy, warczy jak wściekły pies. Najciekawiej wygląda to podczas burzy, ona jakoś reaguje na pioruny, ściąga je i tak jakby rozrzuca na boki. Widok jest piękny, ale można ogłuchnąć. Jakbyś siedział w żelaznym garnku, w który ktoś z całej siły napierdala łyżką, he he!
Zaniósł się chichotem, który prędko przerodził się w astmatyczny kaszel. Lee czekał cierpliwie. Starzec uspokoił się, zaciągnął głęboko skrętem po raz ostatni i cisnął króciutki niedopałek do ognia.
– Podczas każdej solidniejszej burzy kopalnia nagle przeżywa oblężenie. Wszyscy aż rwą się do odkrywki, bo nawet łupanie kilofem jest niczym w porównaniu z tym, co dzieje się na zewnątrz.
– Brzmi zachęcająco – zakpił eksgenerał. – Słuchaj, a co z magami? Rozumiem, że ten cały Gomez jakoś się z nimi dogaduje?
Jeremiasz wyciągnął nogi przed siebie i poklepał się po kieszeniach w poszukiwaniu materiału na kolejnego skręta.
– Na ogół siedzą w zamku i nosa stamtąd nie wyściubiają – mruknął po chwili, zawiedziony rezultatem poszukiwań. – Zwłaszcza Xardas i reszta Magów Ognia. Ci od mistrza Saturasa są jakby trochę przystępniejsi, zdarzyło im się nawet kogoś wyleczyć. Generalnie ani jedni, ani drudzy nie wtrącają się zbytnio w funkcjonowanie kolonii, z wyjątkiem spraw dotyczących eksportu rudy.
– Można się do nich jakoś dostać?
– Ciężka sprawa. Gomezowi zależy na dobrych stosunkach, więc dba o to, aby hołota nie właziła im na głowę. Ma swoich ludzi, którzy tego pilnują i nie warto z nimi zadzierać. O ile wiem zresztą, to na samym początku był na nich, znaczy na magów, jakiś zamach. Zdarzają się tu wariaci. Po gościu oczywiście została dymiąca dziura w ziemi, ale trudno się dziwić, że wielebni niekoniecznie chcą zadawać się z byle kim… Jeśli więc zamierzałeś szukać u nich jakiejś protekcji, zapomnij.
Jesienne słońce zdążyło przesunąć się już solidnie w prawo. Odgłos młotka umilkł, a na jego miejsce napłynęło wołanie kukułki, ukrytej gdzieś w kępie drzew za ostrokołem. Na horyzoncie ponownie ukazał się Diego, nadchodząc z przeciwnej strony niż ta, w którą się uprzednio oddalił. Na ramieniu niósł spory, podłużny pakunek, pod pachą zaś drugą dużych rozmiarów paczkę, opierając ją o biodro. Z lekkiego przechylenia całej jego chudej sylwetki nietrudno było wywnioskować, że jedno i drugie stanowi znaczny ciężar. Zbliżywszy się rzucił szybkie spojrzenie na wszystkie strony i złożył obie paczki na ziemi, jedną na drugiej, po czym przysiadł na nich, by odsapnąć. Gdy spojrzał na Lee, na jego twarzy odmalował się wyraz kpiącej wesołości.
– Ty niezły numer jesteś. Zdążyłem się po drodze nasłuchać, jak na dzień dobry spłaszczyłeś Ablowi buźkę. Moje osobiste gratulacje. Urody mu to co prawda nie poprawi. Przy okazji, Dan żyje i raczej się wyliże, ale biegać jak kozica to już raczej nie będzie.
– Dan…? – nie zrozumiał Lee.
– No, ten ryży kutas, którego byłeś uprzejmy pochlastać. Trzeba było machnąć raz a dobrze przez łeb, mówię ci. No dobra, bierz to i idziemy – Diego wstał i wskazał na dłuższy z pakunków. – Jer, zajrzę do ciebie jeszcze. Dzięki, że mi go przechowałeś – wskazał kciukiem Lee.
– I za resztę – dorzucił eksgenerał wstając. Kiedy podnosił paczkę, miał wrażenie, że coś w niej brzęknęło ledwo słyszalnie. Stary zielarz skinął im głową i uniósł dłoń w pożegnalnym geście.
Ruszyli w stronę bardziej zwartej zabudowy obozu, klucząc w plątaninie zaułków między ciasno stłoczonymi szopami. Dwukrotnie na sygnał dany przez Diega skręcili raptownie za róg najbliższego budynku – Lee domyślił się, że chodziło o uniknięcie niepożądanego spotkania z jakimś nadchodzącym człowiekiem. Nie pytał o nic. Dolatujący chyba od strony zamku wyraźny zapach gotowanej grochówki skręcał mu bebechy.
Diego zatrzymał się wreszcie przed jednym z domków i pchnął drzwi.
– Oto moja rezydencja.
Lee rozejrzał się po niskim i skromnie urządzonym wnętrzu. Pod dającym nieco światła okienkiem o szybkach z rybich pęcherzy stał stół i kulawy stołek z siedziskiem obitym wytartą skórą niezidentyfikowanego zwierzęcia. Zbita z nieheblowanych desek długa skrzynia, również zarzucona skórami, zajmowała miejsce między stołem a prostopadłą do niego ścianą, stanowiąc rodzaj dodatkowego siedziska. Dwa małe okienka w naprzeciwległych ścianach doświetlały jako tako resztę pomieszczenia. Jeden kąt, prócz cebrzyka z wodą, zajmowało prymitywne palenisko z żelaznym trójnogiem, nad którym w suficie widniał otwarty dymnik. Dwa okopcone garnki dopełniały wystroju wnętrza. Zawieszona pod sufitem szmata przysłaniała połowicznie przejście do drugiej części chatki, sprawiającej wrażenie magazynku, choć dostrzec się tam dało także wąskie wyrko nakryte wełnianą derką.
– Daj to tutaj – Diego odebrał od niego paczkę i ukrył ją gdzieś na zapleczu. Słychać było, że przerzuca tam jakieś rzeczy, aż cisnął przez drzwi skłębioną szmatą, którą Lee złapał odruchowo. Szmata po bliższych oględzinach okazała się parą wełnianych spodni opatrzonych na kolanach skórzanymi łatami.
– Suche portki, szczyt marzeń każdego nowego – zarechotał gospodarz znanym już eksgenerałowi chrapliwym śmiechem.
Lee skinął z wdzięcznością głową. Podczas gdy z nieziemską ulgą pozbywał się mokrych łachów na rzecz wzmiankowanych portek, Diego dmuchał w palenisko, starając się wskrzesić jakąś iskrę wśród na pół zwęglonego drewna. Uznawszy widać, że rachityczny ogieniek poradzi sobie bez jego pomocy, wstał i ruszył do drzwi.
– Ogarnij się trochę i przypilnuj mi tego interesu. Muszę jeszcze załatwić to i owo. I lepiej na razie nie pętaj się po obozie. Potrzebujesz jeszcze czegoś?
Lee, rozwieszający odzież do wyschnięcia nad paleniskiem, odegnał od siebie wizję dużego garnka grochówki.
– Masz tu gdzieś kawałek lustra?
– Mhm. Tam, na parapecie.
– Więc pożycz mi brzytwę. Jeśli natychmiast się nie ogolę, to przysięgam, że kogoś zagryzę.

***​

Kiedy spojrzał w zwierciadło, aż się wzdrygnął. Po raz pierwszy od chwili aresztowania miał okazję przyjrzeć się własnemu odbiciu i niemal nie poznał samego siebie.
Z lustra patrzył na niego zarośnięty jak nieszczęście typ o ciemnych włosach pozlepianych w brudne strąki, z wielką śliwą pod prawym okiem, strupem zaschniętej krwi na przeciętym łuku brwiowym i kilkoma imponującymi sińcami na skroni. Tym jednak, co go zaskoczyło i niemal przestraszyło w tym obrazie, był jakiś głęboko ukryty lęk w tych wpatrujących się w niego z napięciem oczach, jakaś gorycz i niemal zwierzęca nieufność malująca się w grymasie zaciśniętych ust, jakiś wyraz bolesnej zaciętości, którego nigdy wcześniej u siebie nie dostrzegł.
– Wyglądam jak bandzior – przyszło mu do głowy. – Psiakrew, pasuję do tego miejsca jak ulał...
Bez mydła golenie trudno było nazwać przyjemnym, ale obcy facet po drugiej stronie lustra powoli zaczynał nabierać jeśli nie znajomego, to chociaż cywilizowanego wyglądu.
Na pozór wszystko pozostało na swoim miejscu. Sucha, pociągła twarz o ostrych rysach i szarych, nieco zbyt blisko osadzonych oczach, nadajacych jej wyraz jakby drapieżnej koncentracji, wąskie, zaciśnięte usta i krótki, prosty, nijaki nos. Nawiasem mówiąc, jakoś nigdy nie umiał wykrzesać w sobie entuzjazmu dla własnego typu urody. Zaskakująca zmiana, jaka zaszła w jego własnych, do bólu znanych rysach, wymykała się racjonalnym osądom, a jednak była niemal dotykalna, kołatała się w głowie uporczywą myślą, że dotychczas żadne trudy licznych kampanii, żadne bitwy i niebezpieczeństwa, żadne uciążliwe i długotrwałe podróże przez wysysajace wszystkie siły pustynne piaski czy zabójcze lody Nordmaru nie zdołały nigdy dokonać tego, co stało się z nim w ciągu kilku ostatnich tygodni. Tu nie chodziło o znane mu przecież głód, wyczerpanie, fizyczne zmęczenie, strach przed śmiercią i zwykłą niepewność jutra. Patrząc na tę znajomą, a jednak obcą twarz czuł się, jakby obrabowano go z siebie samego. Odebrano mu dobre imię, dając w zamian piętno zbrodniarza i zdrajcy. Odebrano sens życia, zaufanie do swego kraju, do swego władcy, do ludzi, którymi się otaczał, dając w zamian poczucie bezsilności wobec rzeczy i zjawisk, na które przywykł mieć wpływ. Odebrano świat, dając w zamian nędzny skrawek ziemi otoczony ścianą niewidzialnej mocy, nieskończenie cienką granicą pomiędzy istnieniem a nieistnieniem.
Odebrano mu Rova…
Nie.
Dość.
Nie myśleć o tym, co było.

***​

Musiał się chyba zdrzemnąć z głową opartą na stole, bo z nieprzytomnego snu wyrwało go stłumione łupnięcie i siarczyste przekleństwo. Najwyraźniej gospodarz wrócił i potknął się o coś w niedoświetlonym magazynku. Na dworze panował już mrok, a na blacie w kałuży topniejącego łoju stał ogarek świecy.
Diego wyłonił się zza kotary, masując sobie goleń i stanął w progu ze skrzyżowanymi rękami, opierając się bokiem o framugę.
– No, jak tam, śpiąca królewno? Jak ci się podoba życie w naszym małym magicznym światku?
Lee otrząsnął się z resztek snu.
– Spodoba mi się bardziej, kiedy mi powiesz, jak tu się zaopatrzyć w środki utrzymania. Nie lubię długów. Zwłaszcza takich, które trudno spłacić.
Diego spojrzał na niego trochę dziwnie i przysiadł na rogu stołu.
– Cóż, zasada jest prosta. Towary przywożone z zewnątrz teoretycznie przeznaczone są dla pracujących przy rudzie. Praktycznie, jak się już pewnie domyśliłeś – głównie dla Gomeza i jego otoczenia. A potem dopiero dla górników i tych, których Gomez uzna za przydatnych w inny sposób. Masz więc do wyboru – albo łapać za kilof, albo umiejętnie zamerdać ogonkiem przed panem G. W przeciwnym wypadku radź sobie na własną rękę. Grzybów w lesie nie brakuje. Podobno, bo mało kto tam chodzi.
Lee pokiwał głową.
– Dzięki za dobre rady. I za całą resztę. Bywaj.
Wstał i zrobił kilka kroków w stronę drzwi, ale nagły zawrót głowy sprawił, że byłby upadł, gdyby w ostatniej chwili nie chwycił dłonią za framugę.
– A ty dokąd?! – niespodziewanie ostry głos gospodarza zatrzymał go w progu.
– Idę radzić sobie na własną rękę. Dzięki raz jeszcze. – Lee zebrał się w sobie i przekroczył próg.
Diego zaklął paskudnie, zerwał się z miejsca, dopadł byłego generała i ostrym szarpnięciem za ramię wciągnął go z powrotem do izby. Lee zatoczył się i z rozpędu klapnął z powrotem na skrzynię.
– Szkoda, że nie widzisz swojej gęby – rzucił ze złością Diego, zamykając drzwi. – Blady jak własna śmierć, oczy jak spodki, ledwo na nogach stoi i będzie mi się tu honorem, psiakrew, unosił.
Znikł na chwilę w drugiej części chatki. Wróciwszy położył na blacie napoczęty bochenek chleba i pęto jałowcowej kiełbasy, od zapachu której eksgenerałowi świeczki stanęły w oczach.
– Jedz i przestań się wydurniać. Tylko sobie nie myśl, że tu na co dzień są takie frykasy.
Lee przytaknął półprzytomnie. Cały wysiłek woli skupił na tym, aby nie połknąć wszystkiego naraz.
– Nie reaguj tak ostro – ciągnął Diego, przysiadłszy na stołku i również urwawszy sobie spory kawał kiełbasy. – Czy to się komu podoba czy nie, taka jest prawda: tam, na zewnątrz, może i rządzi Rhobar, ale tu, pod Barierą – Gomez. Nawet magowie się z tym pogodzili, bo niezależnie od siły, jaką stanowią, to Gomez pociąga za sznurki.
– A wy, skazańcy, tańczycie, jak wam zagra?
– Po pierwsze, naucz się mówić „my” zamiast „wy”. Po drugie, w takim miejscu jak to władzę utrzyma tylko ten, kto nie tylko ma jaja, ale i trochę oleju we łbie. A tego Gomezowi odmówić nie można. Możesz sobie pewnie wyobrazić, co tu się działo na początku... nikt inny, jak Gomez w pierwszym okresie po buncie szybko opanował ten szalejący tłum, nie pozwolił na bezmyślne niszczenie ani rozszabrowanie wszystkiego, co tylko dało się wynieść z zamku. Magazyny z żywnością, bronią, odzieżą i wszelkim sprzętem prędko zostały zabezpieczone, a wszystko, co niezbędne do życia, sprawiedliwie rozdzielone potrzebującym. I myślę, że to zadecydowało o posłuchu i lojalności ludzi wobec niego. Nawet, jeśli później okazało się, że niektórzy dostają jakby więcej od innych, że chodzą lepiej ubrani, bardziej najedzeni i z lepszą bronią… i, przede wszystkim, że niektórzy nadal zapieprzają w kopalni, a inni już niekoniecznie – nikt już nie miał chęci, odwagi czy siły przebicia, by to zmienić. Gomez jednym zręcznym ruchem chwycił kolonię za mordę, a drugim wziął Rhobara na smycz. I mówię ci, że jak go znam, to on będzie tę smycz skracał. Ale dzięki niemu to jakoś funkcjonuje. Lepiej, gorzej, ale funkcjonuje. Nie żyje się tu tak tragicznie.
– Łatwo ci mówić – uśmiechnął się krzywo eksgenerał. – To nie ty, jak rozumiem, zasuwasz teraz przy wydobyciu.
– Umiałem przekonać Gomeza i jego kolesi, że będzie ze mnie inny pożytek. Jeśli i ty zdołasz go do tego przekonać, a sądzę, że zdołasz, raczej nie wróżę ci bliskiego kontaktu z kilofem. On jest na swój sposób uczciwy, w każdym razie dopóki nie koliduje to zanadto z jego interesami. Mam płakać z żalu nad tymi, którzy nie byli tak obrotni? Nad mordercami, gwałcicielami, dezerterami, rabusiami? Ja święty nie jestem, ale wierz mi, są tu znacznie gorsi ode mnie. A i tak ich obecne życie jest usłane różami w porównaniu z czasami sprzed buntu. Wiem co mówię, bo przeszedłem to samo co oni. I przetrwałem. Zarówno ja, jak wszyscy ci ludzie Gomezowi zawdzięczamy to, że nie jesteśmy katowani, głodzeni i trzymani w kajdanach, ale, do cholery, to nadal jest kolonia karna, a nie pokój dziecinny! Jeśli sam sobie czegoś nie wywalczysz, nikt ci tego nie poda na talerzu.
– Nie tłumacz mi oczywistości. Powiedz lepiej, gdzie mogę się zaopatrzyć w jakąś broń. Domyślam się, że zarówno przyjemniaczki z komitetu powitalnego, jak ci, których poharatałem na arenie, mają przyjaciół czy zwolenników. Powinienem odzwyczaić się od spania?
– Myślę, że przynajmniej jedno oko będziesz mógł zamknąć. Zaimponowałeś im. Raczej zostawią cię w spokoju, co nie znaczy, że będą mili. Uważaj tylko na Abla, wątpię, aby prędko zapomniał ci swój rozkwaszony nochal – Diego uśmiechnął się pod wąsem. – Ale dopóki nie narazisz się osobiście Gomezowi czy któremuś z jego bliskich kumpli, albo nie zechcesz z własnej woli spotkać się z kimś na arenie – nie sądzę, aby ktoś próbował cię zabić. Rzecz jasna, nie ręczę za różnych świrów, a tych tu nie brakuje.
– Sielanka, słowo daję.
– Nie kpij. Nie jesteś potencjalną ofiarą morderstwa choćby dlatego, że nic nie masz. Przy okazji, trzeba było zabrać ten miecz z areny.
– Żebym mógł stać się potencjalną ofiarą morderstwa? – Lee przełknął ostatnie kęsy chleba. – Bo ktoś połasiłby się na to zardzewiałe badziewie?
– Taa, już widzę, jak dałbyś go sobie odebrać. Ale nieważne. Zaradzimy temu. Będziesz mi winien przysługę i tyle.
– Już jestem ci winien niejedną. Wygląda na to, że pula się trochę powiększy.
– Nie bój, nie bój, odrobisz w polu. A dokładniej w lesie. Radzisz sobie jakoś z łukiem?
– Przyzwoicie.
– Jeśli to oznacza choć połowę tego, co potrafisz zrobić z mieczem, to jesteś mój człowiek. Zima idzie, przydałoby się zaopatrzyć w futra, a przy okazji przetrzebić trochę wilczą populację, bo nas tu zeżrą razem z butami.
Diego przydźwigał z zaplecza złożony tam uprzednio podłużny pakunek i umieściwszy go na stole, zajął się rozplątywaniem opasujących tłumok rzemieni.
– Jak już mówiłem – kontynuował – kiedy to byłeś łaskaw mi przerwać swoim teatralnym prawie wyjściem, obieg towarów w obrębie kolonii odbywa się po ściśle określonych torach. Nietrudno zgadnąć, że nie zaspokaja to do końca potrzeb wszystkich jej mieszkańców. Zaistniała więc potrzeba wprowadzenia drugiego obiegu. Nie wdając się w szczegóły, tę skromną rynkową lukę wypełniam między innymi ja.
Rozwiązana paczka składała się z kilku mniejszych. Jedna zawierała kilka sztuk przyzwoitej jednoręcznej broni, głównie krótkich mieczy, druga rozmaite narzędzia. Dwie inne Diego bez rozpakowywania odłożył na bok i sięgnął po ostatnią, najdłuższą. Spod owijającej ją owczej skóry wyłoniły się dwa piękne, nowiutkie, jesionowe łuki. Diego na ich widok błysnął zębami w uśmiechu, przesunął po nich dłonią gestem niemal pieszczotliwym.
– Ładne cacka, co?
– I tak po prostu mi to pokazujesz? Obcemu przybłędzie? – spytał z przekąsem Lee. – Nie sądzisz, że to trochę ryzykowne?
– Sarkazm nietrafiony. Pochlebiam sobie, że znam się trochę na ludziach i ostatnie, o co bym cię podejrzewał, to to, że jesteś typem kapusia. Tym bardziej byłbym nad wyraz rozczarowany, gdybym się pomylił – w czarnych oczach Diega zapalił się niebezpieczny błysk. – Ustalmy więc dwie rzeczy: po pierwsze, ta paczka nie istnieje, a to, co leży na stole, to miraż, sen i złudzenie. Po drugie, udzielę ci, powiedzmy, kredytu z tej nieistniejącej paczki, a ty mi go spłacisz. Nadążasz?
– Tak.
– Wszystko to zrobię z wrodzonej dobroci serca, która zapewne mnie kiedyś zgubi. I pod jednym warunkiem.
– Jakim?
– Na ogół nie jestem wścibski, odpuściłem ci w pierwszej chwili, ale okres ochronny się skończył. Czas na spowiedź.
– O co ci chodzi?
Diego przez chwilę krzątał się nerwowo po izbie, wreszcie opadł na stołek i wpatrzył się w Lee takim wzrokiem, że eksgenerał poczuł się jak na przesłuchaniu.
– Kim ty, psiakrew, jesteś? Tu się naprawdę różni trafiają, ale kogoś takiego jak ty widzę pierwszy raz. Ślepy by zobaczył, że ledwie ciągniesz, ale ty, zamiast z miejsca poprosić o coś do żarcia, poprosiłeś o brzytwę. Tam, na arenie, widziałem, jak półżywy, słaniając się z wyczerpania, wywijasz dwuręczną bronią, którą mało kto w tej kolonii potrafi prawidłowo trzymać, nawet w obu rękach. Byle gdzie i byle kogo tego nie uczą. Na łowcę smoków mi nie wyglądasz, wiem, bo paru w życiu spotkałem. Na asasyna z pustyni tym bardziej, oni zresztą nie posługują się takimi mieczami. A przede wszystkim nie walczą tak jak ty. Jeremiaszowi powiedziałeś, że jesteś żołnierzem, a ja mam wrażenie, że to nie jest cała prawda. Mogłeś pozabijać tych dwóch, mogłeś im dziesięć razy zrąbać łby, ale ty ich po prostu sprałeś, pokaleczyłeś i zostawiłeś żywych, i gdyby Thorus wam nie przerwał, to bawiłbyś się z tym szmaciarzem tak długo, aż któryś z was padłby wreszcie na pysk, a sądząc po twoim stanie, byłbyś to ty. I wówczas on spokojnie poderżnąłby ci gardło. Ty byś go nie dobił, tak jak nie dobiłeś Dana, choć mogłeś i powinieneś. Kim ty, k**wa, byłeś? Paladynem?!
Lee zamknął na chwilę oczy, otworzył je, odetchnął głęboko kilka razy.
– Nie. Nie byłem paladynem.
Czekał. Niestety, doczekał się.
– No, dalej – odezwał się Diego. – Wciąż czekam na dalszy ciąg tego zdania.
Lee popatrzył na niego ciężkim wzrokiem.
– Właściwie mierzyłeś w dobrym kierunku. Byłem generałem w armii królewskiej. Głównym doradcą wojskowym na dworze Rhobara. Dowódcą kilku elitarnych jednostek biorących udział w niemal wszystkich kampaniach przeciw orkom, asasynom i innym wrogom Królestwa, od Nordmaru po dalekie Południe, w ciągu ostatnich ośmiu lat. Jednym z czterech dowódców, którym Rhobar powierzył rozbicie armii Lukkora w bitwie o Varant. Jedynym z tych czterech, któremu się to udało.
Milczenie Diega trwało mniej więcej wieczność plus minus dwie sekundy.
– No to świetnie. W takim razie rozumiem jeszcze mniej niż przedtem. Co ty, do ciężkiej cholery, robisz w tym miejscu?
Lee pokręcił głową.
– Nie, Diego. Nie zmuszaj mnie do mówienia o tym. Jeszcze nie teraz. Doceniam wszystko, co dla mnie zrobiłeś, jestem ci naprawdę cholernie wdzięczny, ale z tą sprawą daj mi spokój. Proszę.
Ukrył twarz w dłoniach. Nagle poczuł, jak całe nagromadzone przez ostatnie tygodnie napięcie i wyczerpanie osiada mu na barkach przytłaczającym ciężarem.
Diego podniósł się, postał nad nim chwilę i wyszedł. Wrócił po kilku minutach, zręcznie przytrzymując łokciem ukryty pod połą kubraka pękaty przedmiot. Zamknął starannie drzwi, postawił na stole dwa kubki, wydobył zza pazuchy spory gąsiorek gorzałki i nalał z czubem. Trącił eksgenerała jednym kubkiem w ramię.
– Płakać będziesz na swoim pogrzebie. Pij, zanim Dexter się zorientuje, że ktoś obrobił jego przemyślny schowek. Twoje zdrowie, zdobywco Varantu.

***​


CDN kiedyś tam.
 

Biafra

Balotelli
Weteran
Redakcja
Dołączył
8.10.2010
Posty
2677
Niezłe opowiadanie. Za bardzo nie wnikając w szczegóły stwierdzę, że czyta się dobrze, więc świadczy to o poprawnym warsztacie twórczym. Spory zasób słów, dobra składnia i interpunkcja.

Fabuła też niczego sobie. Czytając dochodzi się do wniosku, iż w przypadku Lee, tak to właśnie mogło wyglądać. Czekam na ciąg dalszy i na pomysł, jak w końcu wylądował w NO.
 
Do góry Bottom